czwartek, 18 października 2012

Zanzibar I: Michel Buble, naleśniki z limonką i masala.


JAMBO! - radośnie przywitali nas tubylcy, kiedy wylądowaliśmy (wreszcie!) na tym skrawku (96 km) raju. Zanzibar. Uderzyło mnie gorące, wilgotne powietrze, przenikające się zapachy ale przede wszystkim totalne zmęczenie. Po locie z czterema przesiadkami, zagubionym bagażem, transportem w głąb wyspy z Alim - gadatliwym i bardzo przedsiębiorczym Tanzańczykiem - stałam na delikatnym jak jedwab, białym piasku i słuchałam szumu oceanu. Miałam niecałe trzy tygodnie na poznanie tej wyspy.  Zwiedzanie zaczęłam od wioski, w której wynajęłam wraz z moimi kompanami dom na plaży. Jambiani, składająca się z dosłownie kilku ulepionych z muszel i tego, co ocean wyrzucił, lepianek, sklepu z tym, co zdaje się pozostało po turystach (używane klapki, stara opona po rowerze, pisaki), biblioteki postawionej zapewne przez jakąś organizację ratującą dzieci w Afryce (szkoda, że do kompletu nie dali nauczyciela czytania) była wioską bardzo urokliwą. Jak się okazało, My turyści, byliśmy największą jej atrakcją i źródłem utrzymania. Ogrodnik i rybak - Kongwe - nie znał żadnego języka więc dogadanie się z nim graniczyło z cudem. Kucharz - Mbaraka - również preferował język migowy a "człowiek od wszystkiego" - Dula - dodawał do każdego angielskiego słówka "i" co powodowało dość ciekawe słowotwórstwo np: Bredi (Bred), Fishi (Fish), Goti (Goat). Ta trójka przez trzy tygodnie stała się moimi kulinarnymi przewodnikami. 




Na Zanzibarze je się to, co dała natura. A trzeba przyznać, że nie skąpiła im dostępu do produktów, za którymi My się zabijamy i traktujemy je jak luksus. Krewetki, kraby, ryby, owoce, przyprawy...wszystko to było w zasięgu ręki, kosztowało niewielkie pieniądze i przede wszystkim było świeże. Zanim opowiem Wam o kozie przywiezionej na pick-upie, za którą zapłaciliśmy mandat, grillu z ryb i krewetek zrobionym z powodu spalenia bananowców, plantacji przypraw i Targu Rybnym, to wprowadzę Was w świat śniadań i Michel'a Buble. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie: bezkresny błękitny ocean, biały jak mąka piasek, słońce świecące na Waszą twarz, kiedy rano wychodzicie na balkon domku położonego na plaży. Nie przy plaży. Na plaży. Czujecie lekki wiaterek muskający Wasze włosy? Promienie słońca pieszczące Waszą skórę? To dodajcie do tego jeszcze podkład muzyczny Michel Buble "Feeling good" (http://www.youtube.com/watch?v=d821ctAKYD8 ) i sami powiedzcie jak się czujecie? Fantastycznie co? Tak też się czułam pierwszego ranka, kiedy po nieprzespanej nocy z powodu obaw o zjedzenie mnie żywcem i piejących od 6 rano kogutów pod oknem, w którym brak szyb, a w którym są tylko moskitiery, stanęłam na tarasie. Było pięknie. Na śniadanie czekał na mnie świeży ananas, banan w kilku gatunkach (jest ich aż 80), wyciskany świeży sok z pomarańczy i naleśniki z limonką. Okazało się, że Dula szybko wyczuł co sprawia nam przyjemność i przez kolejne dwadzieścia parę dni, codziennie rano, Michel Buble z piosenką "Feeling good" zwiastował śniadanie na tarasie. Szło zwariować do tego stopnia, że przez kolejny rok nie mogłam słuchać Michel'a Buble a do dzisiaj piosenka ta w jego wykonaniu przenosi mnie do tych poranków tak sugestywnie, że czuję wilgoć na swojej skórze i słono-słodki smak ananasa w ustach.  To jednak jest niewielka cena jaką musiałam zapłacić za pełne nadziei spojrzenia Duli, że zobaczy mój uśmiech na twarzy jako wyraz zadowolenia. 

Naleśniki z limonką:

- 150 g mąki
- 2 jajka
- szczypta soli
- 250 ml mleka

- woda mineralna
- olej do smażenia

Podane składniki miksujemy i odstawiamy na 30 minut. Przed samym smażeniem dodajemy wodę tak aby uzyskać odpowiednią konsystencję ciasta. Smażymy naleśniki. Na każdy wyciskami sok z połowy limonki i posypujemy białym cukrem. 





Wycieczki po wyspie zaprowadziły nas w wiele zakamarków. Jako osoby podróżujące na własną rękę, zdawaliśmy się głownie na lokalnych przewodników. Niekiedy płaciliśmy za to frycowe - jak w przypadku wycieczki na plantację przypraw, gdzie zapłaciliśmy podwójną ilość szylingów w porównaniu z targiem w Stone Town (stolica). Dla mnie taka plantacja to jak sklep z butami dla Carrie Bradshaw. Banany, cynamon, gałka muszkatołowa, kardamon, szafran, trawa cytrynowa, goździki, wanilia. Najrozmaitsze kształty, kolory,  wonie, smaki i faktury. Suszone liście o chropowatej fakturze, kłącza, korzenie. Zanzibar nazywany jest Wyspą Smaków i daję Wam słowo, że naprawdę nią jest. Nigdy wcześniej nie jadłam tak aromatycznego ryżu (za sprawą goździków), genialnych frytek z czerwonych ziemniaków oraz ich narodowej - chyba nie będzie to nadużycie - przyprawy zwaną masala. Masala to mieszanka ziół i przypraw, znana również w kuchni Indyjskiej. Na Zanzibarze dodają ją dosłownie do wszystkiego - również do herbaty. Jedliśmy rybę masala, ryż masala, kozę masala, krewetki masala, jarzyny masala i zaraz po Michel Buble jest to kolejne niezapomniane przeze mnie doznanie, którego smak i aromat będzie prześladował mnie do końca życia. 
Aromat na Zanzibarze to jedno z największych doznań. Ulice Stone Town przesiąknięte są rozkładającymi się wszędzie śmieciami. Ich zapach miesza się z dojrzewającymi na słońcu kiśćmi bananów, limonek i cytryn, które dosłownie walają się po ulicach. Duszące powietrze miesza się ze spalinami i wszech obecnymi przyprawami. Jednak największe wrażenie robi Targ Rybny. Kiedy tam wchodzę smród dosłownie rozdziera mi nozdrza. Kamienna budowla przykryta blaszanym dachem nagrzanym do niemożliwości pomimo wczesnej pory dnia i zaduch w niej panujący nie zaprasza do środka. Wypatroszone wnętrza ryb, dusze spływające w kałużach krwi, bose i brudne stopy sprzedawców, pokaleczone od kamieni. Prażące się na słońcu kalmary i ośmiornice, mięso tuńczyka i mureny, zwisające płaty mięsa. To wszystko  trafi na stoły hoteli i restauracji, w kamiennych uliczkach stolicy. Smród jest tak wielki, że pomimo kilkunastu minut nos nie jest w stanie się do niego przyzwyczaić. Pomimo tego ślinka cieknie na myśl o grillowanym tuńczyku i szaszłykach jakie można zjeść wieczorem na targu pod gołym niebem, mieszczącym się niedaleko w porcie. Nie jest to najbardziej higieniczny sposób odżywiania. Jednak lemoniada robiona z trzciny cukrowej, przepuszczona przez praskę jakiej Babcie używały do prania, kusi swoją słodyczą, a każde stoisko to feeria barw i smaków.  











Sos masala (do kurczaka, krewetek lub warzyw):

- 3 cebule pokrojone w plastry
- 3 ząbki czosnku rozgniecione
- 3 zielone papryczki chili
- 1 łyżeczka garam masala
- 2 łyżki kolendry
- 1 łyżka kuminu
- 1/2 łyżki soli
- 5 goździków
- 1 laska cynamonu
- 1 łyżka cukru
- 1 puszka pomidorów bez skórki
- 1 jogurt naturalny 250 ml

Wszystkie przyprawy wrzucamy na patelnię i delikatnie podsmażamy. Następnie przekładamy je do blendera i miksujemy na gładką pastę. Dodajemy pomidory i jogurt - miksujemy. Doprawiamy do smaku. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz