czwartek, 31 stycznia 2013

Menu lunchowe na nowy tydzień

Dziękujemy za liczne zapytania odnośnie lunchów! Po przerwie technicznej wracamy z nowym menu na kolejny tydzień. Zasady przyjmowania zamówień:

- lunch można zamówić tylko z jednodniowym wyprzedzeniem do godziny 17:00 czyli w poniedziałek zamawiamy na wtorek i analogicznie.
- zamówienie ze wskazaniem godziny, kiedy chce się lunch otrzymać można złożyć telefonicznie: 
728 – 553 – 859 lub mailowo Office@abite.pl
- Cena zestawu zupa + drugie wynosi 15 zł. Sama zupa: 8 zł Drugie: 12 zł
- Jeżeli nie lubisz jakiegoś składnika w daniu (np.: cebuli) ale z przyjemnością zjadł byś razowego bez niej – powiedz nam zmodyfikujemy dla Ciebie danie
- Chcesz zaoszczędzić? Wykup tygodniowy abonament z góry i płać za zestaw tylko 13 zł.

Menu:

Poniedziałek (zamówienia przyjmujemy piątek 1.02):
Zupa pieczarkowa
Zrazy wieprzowe w sosie z duszoną cebulką i ziemniakami

Wtorek (zamówienia przyjmujemy w poniedziałek 4.02)
Zupa serowa
Chili con carne (mięso mielone w sosie pomidorowym z kukurydza i fasolą)

Środa (zamówienia przyjmujemy we wtorek 5.02)
Krem z groszku
Indyk pieczony w glazurze miodowej

Czwartek (zamówienia przyjmujemy w środę 6.02)
Krem pomidorowy
Makaron z suszonymi pomidorami 

Piątek (zamówienia przyjmujemy w czwartek 7.02)
Krem z soczewicy
Ciasto francuskie nadziewane szpinakiem

Rybka lubi pływać

Zrobiłam ją w białym winie z różowy imbirem. Podałam na makaronie - Tagliatelle szpinakowym. Robi się prosto: pstrąga nacieram oliwą z oliwek, czosnkiem i przyprawą do ryb. Do jej środka wkładam kilka płatów różowego imbiru. Grilluje w piekarniku przez około 30 minut w 200 stopniach smarując ją co jakiś czas winem (dobrze mieć do tego pędzelek). Makaron gotuje al dente i podaję posypaną kolendrą (zieloną, prawdziwą). Smacznego! 



wtorek, 29 stycznia 2013

Blog Roku 2012

Kochani! Mój blog A BITE TO EAT bierze udział w konkursie Blog Roku 2012. Będę wdzięczna za Wasze głosy. Można je oddawać wysyłając sms: Wyślij SMS o treści D00171 Na numer 7122

Po góralsku z przymrużeniem oka. Skansen Smaków

Mam czasami ochotę wyrwać się z Krakowa jednak zbyt krótka doba i za dużo pracy sprawia, że kiedy przychodzi weekend trzeba nadrabiać zaległości. Spotkać się z przyjaciółmi, odwiedzić rodzinę, zrobić pranie... Marzę o wyjeździe na narty, nie mówiąc już o wypadzie do Zakopanego i okolic aby poczuć góralski klimat. Zanim się obejrzałam zrobił się koniec stycznia a narty tak, jak stały przygotowane do sezonu - tak stoją. Dobrze, że kiedy w weekend dopadł mnie totalny leń, mogłam wyrwać się do Kryspinowa na niedzieling, gdzie w Skansenie Smaków odnalazłam góralskie smaki z przymrużeniem oka. Położona przy drodze karczma, zachęca do wejścia pięknymi drewnianymi drzwiami. Nie rozczarujecie się zamykając je za sobą. Wielkie, drewniane ławy i centralnie umieszczony kominek opalany drewnem przeniósł mnie na te dwie godziny w klimat odnaleziony niegdyś w górach. Już kiedyś wspominałam, że prawdziwa niedziela nie może się odbyć bez rosołu i schabowego. I pomimo ciekawie skomponowanej karty, pełnej mięsiwa, pierogów i wszystkiego co dobre i polskie. Skusiłam się na "Rosół Bacy na domowej kurze sąsiada z makaronem" za 7 zł, "Żurek z jajcem i kiełbachą" za 8 zł, "Schab smażyny po zbójnicku z oscypkiem" za 22 zł i "Mega schabowy z kością" za 16 zł. Do tego zestaw "Dodatków do jadła" z fajnie pomyślanego baru sałatkowego, w którym płacisz raz a jesz: marchewkę, buraczki, ogórka kiszonego i inne smakołyki ile tylko chcesz. Warto skusić się na kapustę zasmażaną, ponieważ jest zrobiona z prawdziwej, kiszonej a nie kwaszonej kapusty oraz na "Pajdę chleba ze smalcem" (5 zł), który przyrządzany jest w karczmie wedle starego, góralskiego przepisu. Porcje są olbrzymie, dlatego można przed złożeniem zamówienia poinformować kelnerkę i skorzystać z opcji zjedzenia połowy za 60% jej ceny. Obsługa ubrana w regionalne stroje, z uśmiechem doradzi czego warto spróbować z karty. Mimo sporego tłoku i fali wciąż to nowych gości, potrafią poświęcić tyle czasu, ile potrzebujesz aby przebrnąć przez gwarę, którą są nazwane dania w menu.
W Skansenie Smaków podobało mi się to, że jest to bardzo przemyślane miejsce, nie udające niczego na siłę. Z humorem traktujące swoje "góralskie" położenie nie tracąc przy tym na klimacie i jakości jedzenia. Jeżeli tak, jak ja, nie macie czasu na weekendowe wypady a najdzie Was ochota na swojskie jedzenie z opcją pochodzenia po lesie nizinnym ;), to Skansen Smaków w Kryspinowie jest do tego najlepszym miejscem! 













poniedziałek, 28 stycznia 2013

Mój blog w II półfinale konkursu BlogerChef!

BlogerChef to konkurs dedykowany Blogerom kulinarnym. Taka odpowiedź na MasterChef tylko w Internecie. Pomysł bardzo mi się podoba, mam nadzieję, że atmosfera towarzysząca całemu wydarzeniu będzie mniej napięta niż w programie telewizyjnym bo przecież gotowanie to przyjemność! Mój blog przeszedł do drugiego półfinału tego konkursu z czego bardzo się cieszę! Półfinałów jest w sumie 5, z każdego wyłoniony zostanie finalista, który powalczy o tytuł BlogerChef – niemniej jednak dla mnie ta fantastyczna przygoda już się rozpoczęła! Opowiem Wam o niej po powrocie z konkursu. Trzymajcie kciuki!



Ser i żurawina

Niczym Bonnie i Clyde! Świetnie nadaje się na przystawkę - nie znam nikogo, kto by odmówił takiego połączenia. Występuje jeszcze w opcji z panierką ale ja uważam, że bez niej jest dużo lepszy. 


Składniki:

- ser np: brie idealnie jeżeli to oscypek
- żurawina

Ser grilluje w piekarniku nastawionym na 180 stopni aż będzie mięciutki w środku. Podaję z żurawiną. 



niedziela, 27 stycznia 2013

Cierpisz? Śniadanie w NapNap Cafe.

Kraków cierpi. Cierpi na brak takich miejsc jak NapNap Cafe. Cierpisz też TY jeżeli nigdy wcześniej nie byłeś tam na śniadaniu. To miejsce, w którym na 40m2 udało się stworzyć coś z duszą. Bezpretensjonalne, w idei slow food, ciekawe i takie... europejskie. Wchodzą tam miałam odczucie jakbym weszła do jednej z londyńskich kafejek. Biel, metal, szarości przełamane kolorowymi produktami kulinarnymi. Miejsce, w którym nawet na tak małej powierzchni zadbano o najmniejsze ludziki - urzekł mnie kącik przygotowany dla dzieci. Miejsce, w którym każdy się stara. O to byś czuł się dobrze, by produkty były świeże i zdrowe, żebyś nie czekał długo na danie  i żeby to danie było zrobione z pasją.  Poranna prasa i lifestylowe magazyny są przygotowane do Twojej kawy i herbaty. O tej drugiej warto napisać bo NapNap Cafe jako jedyna sprowadza specjalnie z Wielkiej Brytanii organiczną herbatę marki Clipper. Podają ją w kubkach, tak, jak lubię najbardziej. Możecie też wybrać dowolny smak: od zielonej herbaty, miętowej, pomarańczowej, białej z wanilią, czarną z aromatem malinowym, na pobudkę i na sen, po truskawkową. Ja zdecydowałam się na zieloną bo postawiłam na zdrowe śniadanie w postaci kanapki z łososiem na żytnim pieczywie grillowanym. Nie zawiodłam się. Połączenie łososia z kremowym serkiem i ruccolą sprawia, że rozpływa się on w ustach, zwłaszcza że nie kosztuje więcej niż 9 zł. Muszę przyznać, że zdecydowanie mocną stroną tego miejsca są kanapki i ja na pewno zjem każdą, która jest w karcie bo będę tam powracać ze smakiem. NapNap Cafe oprócz kanapek serwuje zestawy śniadaniowe. Ku mojej uciesze w prostym menu znalazłam parówki, omlet z jajek kur z wolnego wybiegu i twarożek. Nie zabrakło też śniadania na słodko z croissantem. Do wyboru jest również pieczywo i sposób jego podania. Na zimno lub ciepło. Żytnie, białe, bagietka, tosty. A wszystko w zestawach w przedziale cenowym 9-14 zł.  Samo miejsce powoduje, że chce się w nim jak najdłużej spędzić czas, celebruje się śniadanie ciesząc oczy nietuzinkowym wystrojem.
Porcje też są konkretne - wyszłam najedzona ale na "do widzenia" dałam się jeszcze skusić na piernikowe latte z posypką, pokruszonym piernikiem wypiekanym w NapNap Cafe i bitą śmietaną - rozweselają dzień!













sobota, 26 stycznia 2013

W Grubych Rybach - grube smaki!

Do Grubych Ryb wybraliśmy się z moim mężczyzną na romantyczną kolację w pewne sobotnie popołudnie. Skuszeni zmianą właściciela i promowanymi przez miejsce akcjami: gotujący dla nich uczestnicy programu MasterChef czy najbliższa ostatkowa impreza (9 luty) w stylu Bollywood, podczas której Idir Makoudi przygotuje Kurczaka po bombajsku. Cenię miejsca, które dbają o klientów, zamieniają restauracje w coś więcej niż tylko miejsce na posiłek, rozsiewają magię. I takie właśnie dzisiaj są Grube Ryby.
Sama restauracja położona jest w Zabierzowie na terenie Rezerwatu Krajobrazowego i zaczarowała mnie swoim klimatem. Widok na zamarznięte jezioro, oprószony śniegiem las i dolinę, wielkie przeszklone okna, za których widać migający kominek - urzekły mnie od samego progu. Poczułam się jakbym nie wyjechała 10 km za Kraków tylko siedziała w małym włoskim kurorcie narciarskim. Mogę sobie jedynie wyobrazić jak pięknie wygląda to miejsce wiosną i latem kiedy tonie w kwiatach, o których opowiadała mi managerka lokalu - Pani Ewa - zachęcając do ponownej wizyty właśnie w tym okresie. Wnętrze jest olbrzymie, wybraliśmy miejsce na antresoli z widokiem na dolinę oraz kominek. Z powodzeniem można tu wyprawić nie jedno wesele, chrzciny czy komunię. Zachwycił mnie również pokój zabaw dla dzieci. Odkąd zostałam mamą chrzestną Kostka a w naszym gronie przyjaciół dzieci pojawiają się ostatnio jak grzyby po deszczu - zwracam uwagę czy restauracje są przygotowane do wspólnych wyjść. Nigdzie nie spotkałam się z taką ofertą dla najmłodszych.  Pokój zabaw przypomina raczej pokój dziecka, widać, że właścicielom temat nie jest obcy. Przeszklony - więc rodzice spokojnie mogą siedzieć nieopodal i zaglądać przez okna, fantastycznie wyposażony - można spokojnie zjeść obiad, deser i wypić kawę bez obawy, że dziecko w tym czasie się znudzi i przerwie nam chwilę relaksu i zamknięty - można więc dziecko zostawić bez obaw, że za chwilę znajdzie się w kuchni. A skoro o kuchni mowa... Pan Maciek - kelner - zadbał o nas na najwyższym poziomie. Dania były podawane jednocześnie, w odpowiedniej kolejności. Czujne oko Pana Maćka wyłapywało kiedy skończyliśmy jeść i należy usunąć talerze, a kiedy tylko robimy przerwę bo danie jest sycące a my jesteśmy łakomczuchy. Dania są pięknie podane. Jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Dba się tu o każdy szczegół, potrawy cieszą oko ale przede wszystkim podniebienie. Na przystawkę zamówiliśmy krewetki na maśle i białym winie (34 zł) oraz tatar z polędwicy wołowej (20 zł). Do tego poprosiliśmy o pieczywo, które jest wypiekane na miejscu w Grubych Rybach. Pyszne, chrupiące, aromatyczne. I bardzo się przydało bo sosik powstały z masła i krewetek był tak niesamowicie gładki, lekki i prosty w smaku, że dosłownie wylizałam talerz (przy użyciu chleba, proszę sobie nie wyobrażać mnie liżącej talerze)! Tatra nauczył mnie jeść Tata i do tej pory uważałam, że nikt nie jest w stanie zrobić go lepiej. Jadłam go w wielu miejscach, bliski ideału był ten, przygotowywany w Warszawie w "Starym Domu" gdzie kucharz sporządza go przy Tobie używając wielkiego noża do krojenia mięsa - mnie kojarzącego się z szablą. Tato - przepraszam ale tatar w Grubych Rybach dorównuje Twojemu. Odmówiłam pokutę kiedy wypowiedziałam te słowa głośno nad talerzem posiekanej polędwicy, zmieszanej z żółtkiem, kiszonym ogórkiem, garścią posztakownaych grzybów i cebuli. Było świeżo, pysznie i rozpływało się w ustach. Zachęceni przystawką zamówiliśmy zupy. Piszę zuPY bo testowaliśmy: cebulową ( 12 zł), żurek (12 zł), pomidorową z kluseczkami (9 zł) i krem serowo-porowy (12 zł). I wiecie czemu uwielbiam takie miejsca jak to? Za możliwość zjedzenia połowy dania - też. Przede wszystkim za to, że nielubiana przez mojego mężczyznę zupa cebulowa okazała się tak pyszna, że zjadł połowę mojej porcji a ofukany "nie zjem i już" przeze mnie krem serowo-porowy - zjadłam ze smakiem! Jestem zazdrosna o zupę cebulową!!  Muszę przeprosić za ofukanie polecanego przez Pana Maćka i Pana Darka kremu - bije się w pierś. Nie mogę nie wspomnieć o żurku - idealnie kwaśnawym, z pływająca kiełbaską i o zupie pomidorowej, która była smaczna, miała idealną konsystencję, jednak była najsłabsza z całej czwórki. Czas płynął leniwie, nigdzie się nie śpieszyliśmy, cieszył nas zapach palonego drewna w kominku, piękna zima za oknem i dania główne. Nie mogłam sobie odmówić polędwicy wołowej w sosie z zielonego pieprzu (45 zł) z rozmarynowymi ziemniakami oraz filetu z kurczaka faszerowanego kurkami w sosie śmietanowym (26 zł). Czy muszę Wam mówić, że były idealne? Kurczak kruchutki a polędwica delikatna. Sosy nie za gęste aczkolwiek sos z zielonego pieprz był sosem + zielony pieprz. Czemu się czepiam? Wiem, że w większości restauracji tak właśnie podają. Niemniej jednak miałam okazję w Kielcach zjeść taką polędwice z idealnym sosem: zielony pieprz był rozgnieciony i dodany na etapie łączenia burre manie i masła z łyżką zalewy. Dzięki temu cały sos jest przesiąknięty zielonym pieprzem i nie jest za ostry - co w przypadku rozgryzienia kilku kulek zielonego pieprzu jest częste i nie przez wszystkich lubiane. Bardzo już najedzeni daliśmy się skusić na deser. Wypiekana codziennie szarlotka (13 zł) z lodami była jak u mamy. Pozbawiona smaku proszku do pieczenia - tak często spotykanego w restauracjach, z kruszonką, prosto z pieca, z nieco kwaśnymi jabłkami komponuje się z waniliowymi lodami jak "Sonata Księżycowa" Bethovena. Tiramisu (15 zł) przypominało w smaku to na Sycylii. Jedliśmy takie nie tak dawno temu i od razu smak skojarzył nam się z sycylijską ręką. Jako niezbyt wielki entuzjasta kawy lubię, kiedy to ciastko zawiera jego posmak ale nie jest nim przesiąknięte. Po tak obfitej kolacji, siedzieliśmy jeszcze długo, bo z Grubych Ryb nie chce się wychodzić. Czujesz się jak w zaczarowanej krainie, jakby czasoprzestrzeń spłatała figla stawiając zaledwie 10 km od Krakowa miejsce z pysznym jedzeniem i wyłącznością na relaks.