czwartek, 14 marca 2013

I jak tu nie poczuć mięty do "Mięty".

Wchodząc wczoraj do „Mięty” położnej na Ulicy Krupniczej 19 miałam wrażenie, że jestem na teatralnej scenie i właśnie zmienili dekoracje. Spóźniona, zmarznięta, z szarej ulicy trafiłam w kojące miejsce o nie narzucających się kolorach kawy z mlekiem przełamanymi bielą. Zachwycił mnie piec opalany drewnem, wygodne siedziska i rozłożenie stolików, które zapewniały komfort intymności rozmówcą. Nie wiem jak mogłam do tej pory przeoczyć to miejsce na kulinarnej mapie Krakowa, schowane za przestronnym ogrodem (mogę sobie wyobrazić jak fajnie musi się tam siedzieć w upalny wieczór), z kilkoma salami – w tym dla palących. Pochyliłam się nad kartą mając w zapasie kilka minut zanim przyjdzie mój gość, z którym umówiłam się w tym miejscu. Karta ani za długa ani za krótka, zdziwiła mnie strona poświęcona pierogom bo przecież Mięta Restro Bar to włoskie klimaty a pierogi bardziej z Polską się kojarzą, jednak szybko doczytałam, że jest to specjalność przygotowywana na nasz krakowski Festiwal Pierogów. Nie mogłam sobie więc odmówić pierogów z siekana wołowiną i szynką parmeńską ( 20zł ), które były smaczne aczkolwiek nie przyćmiły innych gwiazd wieczoru. Jak zwykle przez kartę starałam się przejść przekrojowo. Moją uwagę przyciągnął Pasztet z marynowanych piersi kaczki w sosie malinowo – grejpfrutowym (19zł). Kto czyta mój blog uważnie, wie, że pasztet to moje rodzinne dziedzictwo! I chociaż mój jest zupełnie inny niż ten w „Mięcie” to zrobił na mnie niesamowite wrażenie smakowe. Wyrazisty, delikatny, w połączeniu z kwasowością sosu malinowo - grejpfrutowego rozpływa się w ustach. Zestawiłam go z Wątróbkami duszonymi w Sherry podawanego na sałatce z młodego szpinaku (18,50) i powiem Wam, że nie ma nic lepszego! Czego możecie się spodziewać? Słodkiej, glazurowanej wątróbki z wierzchu połączonej z jej naturalną goryczką. Dla mnie degustacja mogła się zamknąć na tych dwóch daniach – byłam już najedzona i szczęśliwa, że trafiłam do tego miejsca. Niemniej jednak z łakomstwa sięgnęłam po Toskańską zupę cebulową podawaną z grzankami z żółtym serem (10 zł) bo przecież nie mogła bym sobie odmówić mojej ulubionej zupki! Słodka z boczkiem, z dużymi kawałkami cebuli – wiecie, jak to na mnie działa. Spróbowałam również Zupę z Czerwonej Soczewicy (10 zł) z racji tego, że sama ostatnio odkryłam soczewicę i chociaż nie jest to moja ulubiona zupa to z keksem śmietanowym sprawiła się całkiem przyjemnie. A teraz sobie wyobraźcie, że to dopiero połowa degustacji a ja miałam 45 minut do wyjścia z powodu spóźnienia byłam już mocno w tyle, nieoczekiwane wieczorne wyjście, na które nie mogłam się już bardziej spóźnić było coraz bliżej a przede mną jeszcze trzy dania. I tu muszę skłonić się nisko w kierunku obsługi, która stanęła na rzęsach żeby wyrobić się w narzuconym przeze mnie czasie, zachowując jednak smak dań. A na dodatek zapakowała na wynos bo z powodu wielkich porcji, niektórych rzeczy nie dojadłam a szkoda było oddawać z powrotem do kuchni. Na stół tak szybko jak mogła, wjechała Dorada pieczona w warzywach i świeżych ziołach (43zł). Ponieważ pieczona jest w piecu opalanym drewnem, czas oczekiwania na nią wynosi 45 minut i warta jest każdej sekundy. Aromatyczna i bardzo delikatna. Towarzyszył jej makaron Taglia­telle z krewetkami, w delikatnym maślanym sosie z pomidorkami koktajlowymi (25 zł), który zazwyczaj dużo mówi mi o kuchni w danym miejscu. Lubię kiedy krewetki faktycznie znajdują się w daniu a nie tylko w jego zapowiedzi. I polubiłam Mięta Restro Bar za dotrzymanie składanych obietnic w menu, za niesamowity klimat, fachową obsługę a przede wszystkim, za jedzenie.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz