niedziela, 10 marca 2013

Samui


Poniedziałkową, wieczorową porą, zrobiłam sobie spacer po krakowskim Rynku. Było mroźno ale tak dawno nie spacerowałam po swoim mieście, że z przyjemnością dałam policzkom zamarznąć. Stałam tak obok Sukiennic rozmyślając o tym, że nie ma już „Skarbonki”, pod którą umawiałam się z przyjaciółkami i na randki. Jest za to „Głowa”, pod którą dzisiejsza młodzież umawia się w tym samym celu tudzież czasami umawia się w niej, pijąc wódeczkę na rozgrzanie i grając na nosie Komendzie Policji znajdującej się naprzeciwko. W sumie nie zwróciłam uwagi czy komenda nadal się tam znajduje, kiedyś tam była. Pora nie była późna ale przypominała mi godziny, w których zazwyczaj wracałam latem z imprezy do domu. Przez płytę Rynku przemykały cienie ludzi, gdzieś grupka osób głośniej się zaśmiała ktoś wyszedł z pobliskiego lokalu ktoś wszedł. Minęła mnie też moja znajoma, z która byłam tego wieczoru umówiona. Nie poznała mnie, a ja byłam akurat wpatrzona w niebo i zatopiona w myślach więc przeszła obojętnie by kilka minut później wyrwać mnie z tej zadumy telefonem, że czeka na mnie już w wybranym lokalu. 
Spiesznym krokiem pognałam na Wiślną, ulicę, którą przez długi czas ignorowałam bo odkąd pamiętam nic tam nie było. Tym razem jednak szłam tam w konkretnym celu. Celu, który nazywał się Samui i był tajską restauracją po Kuchennych Rewolucjach Magdy Gessler. Kolory tego miejsca rozchmurzyły poniedziałek, który czy słusznie, czy nie – nosi brzemię ponurego. Pastelowe róże, figurki słoni z podniesioną trąbą (podobno na szczęście) i fototapeta tajlandzkiej wyspy zderzyły się z odśnieżoną ulicą. Dziwnie jednak przytulnie nie było. Nie było też relaksująco i intymnie. A taki obraz miałam w głowie, odkąd moi przyjaciele wrócili z Tajlandii. Przywieźli przyprawy, przywieźli też prezenty ale przede wszystkim przywieźli piękne zdjęcia i opowieści. 

Początek był obiecujący. Chipsy krewetkowe zjadłyśmy ze smakiem. Kelnerki ubrane w atłasowe gorsety dały nam czas na wybór dań z karty, która powoduje, że co jedna pozycja krzyczy do Ciebie „weź mnie”. Była też wkładka dań polecanych przez Magdę Gessler, z której wybrałam Krewetki z kolendrą i sosem (38 zł za 6 sztuk). Podane z jajkami, przegotowane, dopiero zanurzone w sosie orzechowym nabierały charakteru. Zamówiony przeze mnie Kurczak z trawą cytrynowa w liściach bananowca (15zł) był suchy i bez smaku trawy cytrynowej a podany do niego sos, jak z taniego chińczyka. Przyszła kolej na zupy, które jak wiecie drodzy czytelnicy, bardzo lubię. Zebrałam się na odwagę i zamówiłam Tajski rosół na ostro z kurczakiem i pieczonym chilli (16 zł) w stopniu ostrości tajskim czyli najbardziej ostrym z możliwych i dla porównania narodową zupę tajską czyli Zupa krewetkowa z grzybami i śmietaną na ostro (24zł) w stopniu średni ostrym. Przerażony wzrok kelnerek, kiedy upewniały się co do ostrości pierwszej zupy powinien dać mi do myślenia, jednak sprowokował jedynie do myśli „co? Ja nie dam rady?!”. Nie dałam. Pierwszy łyk i poczułam się jak legendarny Smok Wawelski. Dobrze, że chłopina miał całą Wisłę do wychłeptania a ja szklankę zimnej wody. Druga zupa w swojej ostrości była wręcz łagodna, więc z czystym sumieniem polecam Wam wybierać wszystko co „średnio ostre”. Niestety w obu, oprócz różnicy w  intensywności pikanterii i różnicą pomiędzy krewetką a kurczakiem nie znalazłam nic, co by je odróżniało. Obie wyglądały tak samo, obie miały pieczarki i obie miały czerwoną cebulę. Wyglądały i smakowały tak samo. Trochę rozczarowana brnęłam w kartę dalej, by spróbować jak najwięcej i może odnaleźć smak Tajlandii w kolejnych zestawach. Wybór padł na zestaw dla dwojga – 3 Smaki Piekło – ponieważ był najbardziej przekrojowy: smażony kurczak z imbirem, smażona wieprzowina w sosie z czarnego pieprzu i smażony halibut z bazylią, plus 2 porcje ryżu za 69 zł. Szukałam i nie znalazłam. W kurczaku smaku imbiru, w kawałkach panierowanego halibuta – bazylii,  jedynie wołowina ratowała sytuację ale dodane do wszystkich dań takie same warzywa traciły nieco mrożonką zakupioną w Makro z jakiej sama nie raz korzystam. Nie mogę powiedzieć, że jedzenie było nie smaczne bo dania były do zjedzenia. Faktem jest, że w Tajlandii nigdy nie byłam. Ale czy to oznacza, że nie mogę mieć jakiś oczekiwań od kuchni, która głosi, że jest jedyną, prawdziwą Tajską kuchnią w Krakowie. Źle, źle, źle wszystko źle! Gdzie jest ta Tajlandia? Czemu produkty nie są jak na taką kuchnię przystało z wysokiej półki? I na Boga dlaczego w tych wszystkich daniach czuć Polskę! Gdzie moja podróż wyczekana chodź tylko na Wiślnej i bardziej w smakach to jednak zawsze! A może to ponury poniedziałek? Zostało dużo, więc zabrałam na wynos. Niczym Pomysłowy Dobromir przyniosłam zestaw do pracy żeby podzielić się z współtowarzyszami korporacyjnej niedoli kawałkiem Tajlandii, zwłaszcza, że jeden z nich pracował kiedyś w restauracji tajskiej. Tak, jak ja, nie znaleźli jednak smaku w daniach z Samui. Moi przyjaciele, którzy odbyli podróż do tego pięknego kraju też nie odnaleźli smaku tego kraju na Wiślnej. Może Wy drodzy czytelnicy odnajdziecie w Samui to, czego ja nie znalazłam? 
Mówiłam, że na tej ulicy nic się nie dzieje. Nadal będę ją ignorować. W Samui zabrakło jak dla mnie tajlandzkiej radości i opowieści. U mnie zobaczycie chociaż piękne zdjęcia z podróży przyjaciół.












Zdjęcia z podróży Agi i Marcina






















2 komentarze:

  1. Również miałam okazję zakosztować potraw z restauracji Samui i niestety zgadzam się całkowicie z autorką tej opinii...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja natomiast w ogóle się nie zgadzam. Jedzenie jest wyśmienite. Czasem może dlugo się czeka,ale warto! Szczególnie mogę polecić zupę krewetkową i czerwone curry...

    OdpowiedzUsuń