środa, 17 kwietnia 2013

Jest po co chodzić na Rynek Główny. Vintage.


Gastronomia w Krakowie zmieniła się przez ostatni czas. Nowe miejsca, przystępne ceny, koniec zadęcia, zróżnicowana oferta – dobrze jest wreszcie mieć w czym wybierać i jest to wybór pomiędzy dobrym a lepszym. Ostatnio pojawiam się coraz częściej w okolicach Rynku Głównego, bo wreszcie znajduję sens przebywania tam. Tym sensem, między innymi jest Restauracja Vintage Rynek Główny 45. Restauracja ma oczywiście ogródek na płycie Rynku, który pękał w szwach. Nic dziwnego, wszyscy tylko czekali na pierwsze promienie słoneczne a przecież najlepiej można z nich skorzystać właśnie siedząc przy dobrym posiłku, wygrzewając przy okazji kości.



Restauracja Vintage urzekła mnie swoim wyglądem. Prostym ale dopieszczony w każdym szczególe. Piękny, drewniany, kasetonowy sufit. Pomysłowo zaaranżowane okna, które wychodzą na podwórko, a za którymi można zobaczyć wystawkę z butelek po winie. Bardzo wygodne krzesła, fajnie udekorowane stoły, które nadają miejscu elegancji ale nie powodują efektu „tu nie idę, bo drogo”. Oddzielone są wysokimi kwiatami doniczkowymi, które dodają intymności. Siedziało nam się bardzo dobrze, wspierało mnie też męskie podniebienie i gdyby nie to, że jak zwykle byliśmy gdzieś dalej umówieni, to pewnie posiedzielibyśmy dłużej. Bo miejsce naprawdę jest przyjemne. I nie tylko dlatego, że trafiliśmy na dzień, gdzie na „dzień dobry” było serwowane Proseco jako aperitif.



Niewielka karta menu, schludna, konkretna, informuje, że czas przygotowania dania to max 20 minut oraz, że wszystko robione jest ze świeżych produktów. Dodatkowa wkładka informuje o świeżych rybach. Zainteresowało mnie to, ponieważ zazwyczaj „świeżość ryb” kończy się na Makro lub Selgrosie. Tymczasem w Restauracji Vintage ryby dostarczane są z jednej z podkrakowskiej farmy rybnej i to jest duży plus. Sprawna obsługa zaserwowała nam dania w ciągu godziny, dbając o to by podawane były w odpowiednich odstępach. Na żadne nie czekaliśmy za długo a było ich sporo. Zaczęliśmy tradycyjnie od przystawki, ale tym razem skusiliśmy się na trzy: Zapiekanka ziemniaczana z kiełbasą regionalną i oscypkiem ( 20 zł), Krewetki w pomidorach (30 zł) i świeżych ziołach oraz Ruloniki z ciasta na twarożku z rukolą (18 zł). Lubię, kiedy na talerzu nie ma wszystkiego za dużo, estetyka podania jest dla mnie bardzo ważna. Ruloniki były strzałem w dziesiątkę. Zawinięte w ciasto naleśnikowe, z sosem balsamicznym – pyszne, lekkie, świetne połączenie tak prostych składników. Do tego ładnie podane, na nietypowym talerzu, zniknęły w 2 minuty. Podobnie zapiekanka: taka prosta a kulinarny majstersztyk, klasyk można by powiedzieć. Po przystawkach zajadaliśmy się zupami: Krem porowo-jabłkowy (12 zł) uwiódł mojego mężczyznę chociaż zazwyczaj sięga po sprawdzone przez siebie pozycje. Tym razem zamiast żuru, który również znajduje się w karcie, wybrał wariacje i dobrze na tym wyszedł. Ja w myśl mojego nowego cyklu kulinarnego jakim będzie ranking zup cebulowych w Krakowie, wybrałam właśnie ją: Zupa cebulowa na czerwonym winie (10 zł). 
Skusiło mnie również to wino, ponieważ sama robię tą zupę w podobny sposób. Ta serwowana w Restauracji Vintage okazała się delikatna, trochę z za dużymi kawałkami cebuli ale mimo to usytuowała się bardzo wysoko w moim rankingu zup. Jak zwykle nie mogliśmy się zdecydować na danie główne. Kusiły: Polędwica wołowa z kremowym sosem sherry, Polędwica wołowa z sosem bazyliowo - winnym , Cielęcina z podgrzybkami duszona w winie, Pierś kaczki w sosie porzeczkowym, Polędwiczki wieprzowe w sosie z karczochami, Kurczak grillowany ze świeżym majerankiem i grzybami, Kotlet schabowy tradycyjny, Stek z sosami do wyboru (pikantny sos vintage,cebulowo-winny,masło ziołowo-czosnkowe). Niby nie dużo pozycji a jednak ciężko się zdecydować bo każda z nich brzmi smacznie. Wybór padł na Polędwicę wołową z kremowym sosem sherry oraz Cielęcine z podgrzybkami duszoną w winie. Nie wiem czy zauważyliście ale dużo pozycji w karcie bazuje na winie. Nie bez przyczyny, bowiem Restauracja Vintage to również sklep z winami. Na ścianie można podziwiać różnego rodzaju nagrody oraz etykiety win z całego świata. Spodobał mi się również opis: „Żadne wino nie powstało aby grupa ekspertów je skosztowała i wypluła. Wino powstaje aby nam smakować, dawać przyjemność, być towarzyszem rozmów i wyjątkowych chwil. Wino jest dla Ciebie a nasza propozycja to około 16 win na lampki w przedziale cenowym od 8 zł do 58zł.” To trochę w myśl mojego: „to wino smakuje mi lub nie” bo jak wiecie ekspertem w tej dziedzinie nie jestem. Dlatego będąc właśnie w takim miejscu i przyznam, że trochę dla sprawdzenia obsługi – poprosiłam o dobranie mi do mojej polędwicy lampki wina. Ku mojemu zdziwieniu nie usłyszałam pytania „jakie wino Pani lubi?”. Kelnerka zaproponowała lampkę czerwonego wina Amarone della Valpolicella. Amarone cechuje się rubinowym kolorem, aromatami suszonych owoców i czekolady z gorzkim posmakiem. Pasowało wyjątkowo dobrze do polędwicy, która była wyrazista, pół krwista i sporych rozmiarów. Byłam szczęśliwa, że ktoś potrafił zadbać o trunek do takiego dania. Mojej uwadze nie umknęły kawałki podgrzybków w sosie do cielęciny. Ona, rozpływała się w ustach – dosłownie. Marynowana długo w winie, które podkreśliło jej walory smakowe i nadało charakter. 

Deser był już totalną rozpustą, nie mogliśmy się mu oprzeć. Tym bardziej, że został nam tak zarekomendowany przez obsługującą nas kelnerkę, że obżarstwo zapanowało nad rozsądkiem. Cóż mogę Wam powiedzieć o czekoladowym cieście i pysznych lodach truskawkowo-czekoladowych? Chyba tylko tyle, że po ich skosztowaniu na pewno wrócę na kolejne desery, mam już nawet upatrzony sorbet cytrynowy robiony na Proseco. Podobno doskonale orzeźwia w gorące dni, a te, kiedy wreszcie nadejdą, spędzę albo w XVI wiecznych murach Restauracji Vintage albo na jej ogródku.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz