poniedziałek, 13 maja 2013

BlogerChef V pół finał.

Uf. Wróciłam. Przede wszystkim powiem Wam jedno: szanujcie ludzi pracujących w kuchni. Kto nigdy w niej nie wylądował nie ma pojęcia, jak ciężki jest ten zawód. Gorąco, ciągle na nogach, kręgosłup pęka a nogi puchną. O skaleczeniach, oparzeniach już nie wspomnę. A w tym wszystkim trzeba zachować kunszt, przyrządzić smacznie potrawy, wydać je na czas, ciepłe, ładnie podane. Właśnie tym jest konkurs BlogerChef. Męczącym, ciężkim, sprawdzającym Wasze umiejętności i siły konkursem. Nie spodziewajcie się, że będzie łatwo. Uczestnicy to naprawdę kulinarni wyjadacze, jury to profesjonaliści, którzy od kilkudziesięciu lat (!!) zajmują się gotowaniem a na to wszystko jest jeszcze "tłum", który też wtrąca swoje przysłowiowe "trzy grosze". Łatwo nie jest. Nie pomagają tłumaczenia, że sprzęt nie taki bo w domu inny. Że czasu za mało, że kiwi za kwaśne a dekoracja ładna ale nie jadalna. Nie można gotując dla kogoś, kto jest naszym szefem kuchni robić mu "pod górkę" bo czujne oko jury odejmuje za to srogo punkty. Gotując jako szef kuchni, nie można zaczynać od obierania ziemniaków, trzeba umieć rozdzielić zadania samemu skupiając się na osiągnięciu smaku i zdążeniu na czas.  I nie polemizujcie z Szefem, który ma za sobą 16, 20 czy 32 lata doświadczenia w tym zawodzie, że wołowinę podaje się tak czy inaczej, bo przeczytaliście w Google ostatnio artykuł na ten temat. Konkurs ten podnosi mocno poprzeczkę. Pokazuje Wasze wady i zalety, mocne i słabe strony, Was na tle rywalizacji i zabawy. Uczy pokory. 

Tego na pewno nauczyła mnie przygoda z BlogerChef. Piąty pół finał odbył się w Bielsku - Białej w Restauracji Dworek u Mirka Drewniaka. Był to chyba najlepszy pół finał (byłam na trzech z pięciu więc myślę, że mogę tak powiedzieć), głównie dlatego, że gościliśmy u przewodniczącego jury a co za tym stoi - również w jego kuchni. Mogliśmy zobaczyć jak wygląda praca na kuchni podczas wydawania kolacji dla 54 osób i pogmerać trochę w zakamarkach kuchennych. Był to również najlepszy pół finał dla mnie, po pierwsze dlatego, że motywem przewodnim była kuchnia azjatycka, którą uwielbiam! Po drugie - zajęłam drugie miejsce zgarniając fantastyczne nagrody: nóż Stalgast  oraz blender marki Kenwood. 

Podczas półfinałów po raz pierwszy spotkałam ludzi z polskiej blogosfery, pasjonatów kulinariów, niesamowitych, na co dzień spełniających się w zupełnie innej roli. Uczestniczyłam w dwóch pół finałach i za każdym razem mogę powiedzieć, że wynik był sprawiedliwy. Gratuluję Gosi, z którą miałam okazję gotować, a która swoim deserem rozłożyła Mirka Drewniaka, Tomka Żmudę - Szefa Kuchni Hotelu Klimczok oraz Dominika "Rybę" - prawą rękę Mirka - na łopatki. Zgodnie stwierdzili, że deser czyli kokosowy ryż z mango i pistacjami mógłby znaleźć się w każdej hotelowej karcie restauracyjnej. Ciesze się również, że Gosia gotowała u mnie bo na pewno jej "deserowa" ręka przyczyniła się do tego, że mój mus imbirowy po raz pierwszy usłyszał taką samą opinię: "super, orzeźwiający!". Cała ekipa nachylała się nad garem zupy ananasowej z chili i zielonej soczewicy, szukając ostrej nuty, która gdzieś na końcu rozpalała nasze gardła. 

Finał 22 czerwca. Ja ma swoja faworytkę, jest nią Alicja, której gruszkowa tarta była jednym z nielicznych przepisów, jakie chciałam koniecznie w domu powtórzyć, przekazać dalej w świat i znaleźć kilka swoich wariacji tego deseru. Trzymam kciuki i już nie mogę się doczekać kolejnej edycji BlogerChef - bo, że wystartuję, to chyba nikt nie ma wątpliwości!

















zdjęcia BlogerChef.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz