sobota, 29 czerwca 2013

Jak za dawnych czasów

Dobra koniec tego siedzenia w mieście. Jest weekend, pogoda kiepska ale i tak należy dotlenić swój organizm czymś więcej niż smogiem z nad Krakowa! Po całym tygodniu pracy, zakuwania do sesji, melanżowania (niepotrzebne skreślić) aby nie zwariować należy usiąść w zalesionym miejscu i nacieszyć oczy przyrodą. Ja znam takie miejsce pod Krakowem gdzie na dodatek można zjeść Jak Za Dawnych Czasów: chleb praojców ze smalcem bez wszelkich ulepszaczy, mięso świeże, ciasto z owocami z ogródka. I nacieszyć uszy rozmową lekką, dowcipną, weekendową.

Jak za dawnych czasów to mały niebiesko-biały domek w drodze do Pieskowej Skały. Parę metrów za znakiem Wola Kalinowska, po lewej jadąc od Krakowa, prawej - jadąc od Skały. Niby nic, chatka, parę ław a jednak miejsce to kryje w sobie coś więcej. Ma Janka. Janek siedzi na zapleczu i tak naprawdę nikt nie wie jak on to robi ale robi to bardzo dobrze. Wszystko pięknie pachnie, smakuje jeszcze lepiej a wygląda po prostu prawdziwie. Jeżeli macie ochotę na kiełbasę z grilla (pierwszy raz ktoś mi wreszcie przyrządził kiełbasę upieczoną na śmierć!!), golonkę w kapuście (zapach jest obłędny), zupę z byle czego, pajdę ze smalcem (ja uwielbiam piętki i wy-marudziłam sobie jedną :)), kiszonego ogórka i kawałek ciasta - nie ma lepszego miejsca niż to!!

Klimat jaki robią chłopaki sprzedający wszystkie wymienione dobroci jest bezcenny. Dawno nie śmiałam się tak, jak słuchając ich żartów i kąśliwości. A jeżeli wnikniecie trochę głębiej to dowiecie się, że oni tak jak Wy też uciekli na chwilę od swojego miejskiego życia, w którym zajmują się zupełnie czymś innym. Warto pociągnąć ich za język ale przede wszystkim warto zobaczyć wyluzowanych ludzi, zasmakować w prawdziwym, Jak Za Dawnych Czasów jedzeniu i nacieszyć oczy otaczającym Was krajobrazem.

W tym miejscu, niecałe 20 km od Krakowa, rozdają dobre humory na cały weekend. A i Wasza kieszeń pozostanie bez szwanku. W trzy osoby za wszystkie wyżej wymienione pozycje zapłaciliśmy 53 zł.


czwartek, 27 czerwca 2013

Mistrz i ... Yellow Dog

O tym, jak wielkie kulinarne wrażenie zrobił na mnie Yellow Dog, mogliście przeczytać jakiś czas temu. Każda osoba, która była tam od tego czasu wraca do mnie z przeróżnymi odczuciami ale z jedną tezą: nigdzie w Krakowie nie ma drugiego, podobnego miejsca. Z nieukrywaną przyjemnością wybrałam się na degustację nowego, letniego menu, które zadomowiło się w Yellow Dog. Pierwsze wrażenie? Piasek pod nogami, szum oceanu i zapach owoców morza. 


Wakacje. W Yellow Dog wakacje w pełni. Można to odczuć nie tylko w lekkości dań jakie są propozycją na najbliższe miesiące. Yellow Dog się rozmnaża!! Trójmiasto niech szykuje się na prawdziwy, kulinarny odlot bo od poniedziałku nadjeżdża Yellow Dog'owy Pop Up Box, którego znajdziecie na największym festiwalu w Gdyni. Fani Tika Masala mogą być spokojni, wraca ona do karty w Krakowie a podczas Open Air, będziecie mogli skosztować moich ulubionych policzków wołowych w hoisin, wieprzowiny w jabłkowym curry i oczywiście wyżej wymienionej Tika Masala. Gdynia, Gdynią ale upalny lipiec w Sopocie powstanie box ostrygowy (od 10 do końca lata). Już Wam zazdroszczę tych wariacji na temat ostryg z tabasco i limonką. 



Jednak serce Yellow Dog pozostaje w krakowskiej kuchni, a w niej prawdziwa ekstaza: świeże ostrygi, wołowina, puree z kiwi i sos rybny (37 zł) - zdecydowanie najlepsza pozycja nowej karty! Dla amatorów kraba, wreszcie w jakiejś sensownej cenie bo za 36 zł - chili krab. Uzbrójcie się w cierpliwość bo dłubaniny w krabowych szczypcach trochę jest, niemniej jednak zabawa na całego. Żeby nie było Wam zbyt łatwo się zdecydować, kolejna zwariowanie smaczna pozycja to Montu (15 zł) czyli buła na parze (aby Wam zobrazować) z wołowiną z solanki, piklowane ogórki i hosin lub w wersji wegetariańksiej. Najnowsza, kulinarna moda zawędrowała na talerze w YD prosto z ulic Nowego Jorku. Mnie bardzo zasmakował kalmar z bananem (25 zł) - czarne danie bo zabarwione tuszem, fantastycznie połączyło nie tylko smaki ale też tekstury obu składników. 

Nie mogłam sobie odmówić sernika z zielonej herbaty z konfiturą hibiskusową, którą wreszcie zabrałam ze sobą do domu (25 zł za słoiczek). I mimo fantastycznego żelu z beaujolais, mazi waniliowo-imbirowej, pieprzu seczuańskiego i palmier (16 zł) to nadal on rządzi na liście moich ulubionych słodkości. Zaraz po nim i tarcie miso, wpasowały się lody z ziaren tonka,  z tajską bazylią, plastrem miodu i timuru (15 zł) - z powodu niezapomnianego smaku dzieciństwa. Dlaczego? Sami skosztujcie. 

Trisno - właściciel i Szef Kuchni - przeszedł samego siebie tworząc nie tyle kolejną sezonową kartę ale jak dla mnie - prawdziwe dzieło sztuki. Przychodząc tam, czuje się jakbym odwiedzała galerię, w której wystawiono nowe prace Mistrza. Z jednej strony zaskakujące, z drugiej - zaspakajające oczekiwania, bo niczego innego nie spodziewacie się po Mistrzu jak właśnie tej doskonałości. 



Kochamy 3 City!


środa, 26 czerwca 2013

People who love to eat are always the best people

Jakiś czas temu opowiedziałam Wam o pewnym sklepie przy ulicy Bocheńskiej w Krakowie. Sklep o tyle wyjątkowy, że oprócz przecudnych rzeczy zwłaszcza do kuchni, ma na zapleczu studio fotograficzne i kreatywne, które na zamówienie przygotowuje plakaty oraz inne, zwariowane rzeczy jakie im tylko zlecicie. Miejsce to nazywa się Opa & Company

Poprosiłam Opa & Company o przygotowanie grafiki na mój stary obraz, który od pięciu lat straszył ze ściany. Po ostatnich wyczynach remontowych mojego prawie męża, aż świerzbiło mnie żeby stare, oklepane taksówki z NY zastąpić jednym, z moich ulubionych, kuchennych cytatów. Wytyczne były proste: ma być cytat, czarno biały, najlepiej jak na tablicy pisany kredą. Kilka wymienionych maili dotyczących możliwości technicznych obrazu i znalazł się on - ku przerażeniu Oli z Opa - w ich sklepie, czekając na swoje dalsze losy. 

Pierwszy i jedyny projekt był strzałem w dziesiątkę. Tym razem obyło się bez schematu kółka graficznego. Parametry techniczne obrazu zmusiły nas do wydruku naklejki. Pomysłów było wiele ale w końcu stanęło na oklejeniu starego layoutu nowym. Nie było to łatwe. Gdyby nie pomoc chłopaków z Opa, ukrytych narzędzi i zdolności Boba Budowniczego - Tomka, asysty Radka oraz mojego Wojtka - było by na prawdę ciężko. Męczyli się nad moim obrazem w trojkę, przyjmując różne pozy aż wreszcie był gotowy. I wisi. Dumnie w salonie, robiąc niesamowite wrażenie i ciesząc moje oko. A teraz Wasze :) 







Łosoś na szparagach w sosie maślano - winnym (przepis na konkurs BlogerChef)


Składniki:

- filet z łososia dwie sztuki
- zielone szparagi pęczek
- 2,5 szklanki białego wina (wytrawne lub pół wytrawne)
- parę liści włoskiej kapusty
- pomidorki koktajlowe do dekoracji
- listek świeżej bazylii do dekoracji
- sól
- grubo ziarnisty pieprz (może być kolorowy)
- 4 liście laurowe
- 4 łyżki suszonego koperku
- 2 łyżki tymianku
- 2 łyżki rozmarynu
- 2 łyżki cukru
- 2 łyżki masła klarowanego
- 2 łyżki oliwy z oliwek
- patyczki do szaszłyków Jan Niezbędny

Przygotowanie:

Szparagi łamię aby pozbyć się twardych końcówek, gotuję około 10 minut w wodzie z liściem laurowym, cukrem, oliwą, solą i szklanką wina. Przelewam je zimną wodą. 

W dużym garnku nalewam około 1/2 wody jego objętości i dodaję: koperek, tymianek, rozmaryn, szklankę wina. Gotuję aż wytworzy się silna para. Nakładam na garnek bambusowe naczynie do gotowania na parze. Łososia nacieram solą i pieprzem. Odkrawam skórę do 1/2 jej długości i odwijam ją na patyku. Aby się nie wyślizgiwała, przecinam patyczek na pół a potem wzdłuż jakieś 2 cm. Tworząc "szczypce". Łososia gotuję na parze maksymalnie 15 minut. 

Na patelni rozpuszczam masło, dodaję sól i pieprz i pól szklanki wina. Redukuje. Dorzucam szparagi i gotuję jeszcze 3 minuty. Przekładam szparagi na talerz, dekoruje pomidorkami, daję łososia i polewam sosem. Na koniec dekoruje świeżym listkiem bazylii. 

wtorek, 25 czerwca 2013

Macie ochotę na grilla? KAMO

Grill w środku miasta? Nie, nie trzeba być w Australii ani w Central Parku. Wystarczy wybrać się na ulicę Czystą 8 w Krakowie. Tak, wiem, że teraz każdy zadał sobie pytanie: "a gdzie to jest?". To ślepa ulica niedaleko Krupniczej, tuż obok Groteski. Namierzyliście? To teraz zabieram Was do KAMO - japońskiej restauracji. 


Kamo to miejsce, które funkcjonuje może od miesiąca. Wszystko jest nowe. Nowe meble, świeżo wymalowane ściany, nowa zastawa ale przede wszystkim - nowy pomysł na restauracje. Mnie skojarzyła się z jedną z londyńskich, azjatyckich knajpek, w której miałam okazję być. Właściciele nie ukrywają, że czerpali pomysł ze swoich kulinarnych podróży. Na czym on polega? Na możliwości grillowania wybranego mięsa lub owoców morza przez samego siebie. Grill wmontowany jest w stolik. Kelnerka przynosi surowe, zamówione składniki, które sama wrzuciłam sobie na rozżarzonego, elektrycznego grilla i wysmażyłam tak jak lubię. Jest to świetna zabawa w większym gronie. Stoliki są dwu, cztery a nawet dziesięcioosobowe więc można przyjść z grupą znajomych i urządzić sobie piknik w środku miasta. 

Ja z moimi kompanami: DJ DEAS i DJ CHRIS LOOK wybrałam wieprzowinę (30 zł za talerz) i wołowinę (50 zł za talerz) oraz ugotowany, brązowy ryż (4 zł). Oba mięsa przyszły pokrojone w cienkie plastry, wcześniej zamarynowane i w asyście sosów, których receptury Szef Kuchni strzeże jak oka w głowie. Były delikatne, soczyste i kruche. Na dłużej zatrzymam się przy wołowinie ponieważ sprowadzona jest ona do KAMO specjalnie z ekologicznej hodowli. Właścicielom zależy na tym, aby wszystkie produkty były jak najlepszej jakości. Czuć to właśnie w wołowinie, która po prostu rozpływa się w ustach. W karcie znajdziecie jeszcze sałatki, zupy, danie dnia i dodatki do Yakiniku czyli właśnie grilla. W tej opcji możecie jeszcze wybrać warzywa, owoce morza czy za jakiś czas: specjały kamo. Pragnienie doskonale gasi Choya (6 zł). Niestety minusem jest brak klimatyzacji. Mimo grubych murów kamienicy, w której się znajduje, upał przy grillowaniu jest nie do wytrzymania. Obsługa zapewniła mnie, że to kwestia chwili i klimatyzacja pojawi się w lokalu. Wierzę im na słowo, a Wam polecam skosztowania japońskiego grilla.



niedziela, 23 czerwca 2013

Pierwszy finał ogólnopolskiego konkursu dla blogerów - BlogerChef

Wreszcie spotkaliśmy się na finale konkursu BlogerChef. Było gorąco, nie tylko ze względu na pogodę, ale przede wszystkim na poziom jaki reprezentowali wszyscy uczestnicy konkursu. Było pięknie, smacznie, wesoło i stresująco. Zadania były dwa: godzina na swoje danie oraz godzina na przygotowanie potrawy, którą należało skomponować z produktów przygotowanych przez organizatorów. Były to: filet z kurczaka, feta z krowiego mleka oraz suszone pomidory. Ja postawiłam w finale na łososia na parze podanego ze szparagami w maślano-winnym sosie a filet nadziałam szałwią, suszonymi pomidorami i fetą i podałam na kwiatkach czosnku ze szpinakiem. Ten zestaw pozwolił mi na zajęcie:

II miejsca
 finału konkursu dla kucharzy amatorów - BlogerChef.



Emocji było tak wiele, że nie zdążyłam podpatrzeć co gotowali wszyscy uczestnicy. Wygrała Marysia z bloga Gruszka z Fartuszka podając kaczkę. Myślę, że z powodzeniem jej danie mogłaby serwować każda restauracja. Alicja aka Wielki Apetyt jak zawsze kiedy się spotykamy, zaczarowała mnie swoją tartą. Paszczak gotuje prawdziwie po męsku więc zaserwował karkówkę z suszonymi śliwkami, a Bernadecie wyrósł piękny suflet. 

Kasia i Marek - organizatorzy konkursu, stworzyli nie tylko fajną formułę, podczas której można było dobrze się zabawić, zdobyć kilka bardzo przyjemnych nagród od sponsorów takich jak Kenwood, Jan Niezbędny, Apetina czy Ole. Przede wszystkim dali nam blogerom, możliwość obcowania z prawdziwymi Szefami Kuchni, których cenne uwagi i opinie podniosły na pewno mój poziom w kuchennych zmaganiach. I z chęcią powtórzyłabym to jeszcze raz!!









piątek, 21 czerwca 2013

Zostawiam Was w smacznych rękach kucharzy ze Smakołyków

W ten weekend wyjeżdżam gotować z czwórką finalistów pierwszej edycji konkursu dla blogerów BlogerChef. Nie zostawię Was jednak na weekend bez kolejnego miejsca, wartego eksploracji kulinarnej. Zwłaszcza, jeżeli lubicie zjeść obfite śniadanie.


Straszewskiego, przynajmniej dla mnie, jest ciężka do zapamiętania. Jak typowy Krakus posługuje się stwierdzeniami "tam obok Wawelu" lub "no tu przy Locie" oraz "no wiesz, tu  obok Bagateli". Nie wiem jak, ale zazwyczaj ten kod działa i podając jeszcze jakiś szczegół, my Krakusy jesteśmy się w stanie porozumieć co do lokalizacji.


Żałuję, że kiedy studiowałam nie było tego miejsca. Być może moje wizyty na Uniwersytecie Jagiellońskim były by częstsze. Bo miejsce to znajduje się własnie vis-a-vis mojego Alma Mater i nazywa się Smakołyki. Położone na Straszewskiego 28 zachęca do wejścia swoją dużą, kolorową witryną. Wydzielone z holu bistro z antresolą i podziemiem jest w stanie pomieścić cały tabun ludzi. Mam nadzieję, że dla mnie zawsze znajdzie się tam stolik bo śniadanie w tym miejscu wpisało się na stałe w naszą kulinarną mapę Krakowa. Zwłaszcza, że jak już Wam kiedyś pisałam, Kraków cierpi na brak fajnych miejsc śniadaniowych. Co znaczy fajnych? Przede wszystkim takich, gdzie śniadanie serwowane jest do późna. Po drugie jest to miejsce, w którym szybko cię obsłużą. Ja jak jestem głodna jestem zła. I jeżeli czekam na zamówienie dlużej niż ustawa przewiduje to robi się napradę gorąco. Trzecie to wielkość porcji. Śniadanie musi być obfite. Nie będę Wam tu pisać o tym, że to najważniejszy posiłek dnia bla bla bla. Dla mnie jest to ulubiony posiłek dnia i lubię kiedy porcja jest normalnych rozmiarów a nie w minimalistyczny deseń. I co ważniejsze aby cena odpowiadała wielkości porcji a nie przewyższała ją. O smaku Wam pisać nie będę bo rozumie się to samo przez "się".


Smakołyki spełniają wszystkie wyżej wymienione wytyczne. Dodatkowo, mają fajny wystrój co umila spożywanie śniadania. Amerykańskie naleśniki z owocami i syrpem klonowym (12 zł) zdobyły moje serce. Zestaw śniadaniowy włoski (14 zł) czyli pasta z tuńczyka, twarożek, szynka wędzona, ser, pomidor, masło, pieczywo) wystarcza dla dwóch osób, jajecznica z dodatkami (10 zł) to pełny talerz a tosty z grillowanym kurczakiem, żółtym serem i papryką podawane na sałatach z sosem vinegret (13 zł) są absoltutnym hitem. Do tego właściciel dba, aby serwowane produkty były świeże i pochodziły od lokalnych dostawców. W Smakołykach można zacząć naprawdę miły dzień. Ja będę tam częstym gościem i Was też zapraszam.
 




czwartek, 20 czerwca 2013

Wieprzowina w rozmarynie i cebuli

Składniki:

- 1 duża cebula
- 1 gałąź rozmarynu
- 2 łyżki oleju
- 1 łyżka masła klarowanego
- 1 łyżeczka cukru
- 1 szczypiorek
- 2 steki wieprzowe
-  sól, pieprz

Przygotowanie: 

Na patelni rozgrzewam masło z olejem. Dodaję pokrojoną w kostkę cebulę, rozmaryn i duszę kilka minut. Dorzucam cukier i karmelizuje. Dodaję mięso i smażę ok 4 minut z każdej strony. Na koniec solę i pieprzę, podaję z frytkami i szczypiorem.


środa, 19 czerwca 2013

Curry ze świeżego kokosa z krewetkami i dorszem - przepis od Yellow Dog!



Składniki:

Baza do curry: 15 gramów tamaryndu, świeży kokos (około trzech łyżek), 10 liści curry, świeża kolendra, pół cebuli, dwie szalotki, sześć ząbków czosnku, kawałek korzenia imbiru (około 2 cm). Filet z dorsza (około 120 gramów), trzy surowe krewetki z pancerzem w rozmiarze 31/40 (obieramy, ale nie wyrzucamy pancerza!), pół łyżeczki gorczycy, pół łyżeczki zielonego kardamonu, pięć goździków, mały (2 cm) kawałek laski cynamonu, pół łyżeczki mielonej kolendry, mała papryczka chili, 100 ml mleka kokosowego, jedna łyżeczka suszonych krewetek, woda, olej, sól.

Jeżeli macie problem ze znalezieniem składników, właściciele Yellow Doga polecają sklep Quinna w centrum handlowym King Square.

Przepis:

1. W płytkim garnku podgrzej olej i smaż skorupki krewetek w niskiej temperaturze przez mniej więcej 10 minut. Następnie wyjmij skorupki. 

2. Do tego samego garnka wrzuć cebulę, szalotkę, czosnek, imbir, chili, liście curry, suszone krewetki i świeżą kolendrę. Saute na małym ogniu, aż zmiękną i zaczną wytwarzać spójny aromat. To powinno zająć około 5 minut.

3. W osobnym naczyniu rozpuść tamarynd w 150 ml wody. Wlej rozpuszczony tamarynd do garnka, dodaj świeżo starty kokos i gotuj na wolnym ogniu przez następne pięć minut.

4. Zmiksuj wszystko, aż uzyskasz gładką pastę. Twoja baza do curry jest gotowa.

5. W osobnym garnku podgrzej dwie łyżki oleju, dodaj cynamon, goździki i ziarna gorczycy. Gdy ziarna gorczycy zaczną "strzelać", dodaj wcześniej zrobioną pastę, mieloną kolendrę i mielony kardamon. Gotuj kolejne pięć minut.

6. Dodaj mleko kokosowe. Jeżeli konsystencja będzie zbyt gęsta - dodaj odrobinę wody.

7. Włóż do curry dorsza. Kiedy będzie niemal ugotowany, dodaj krewetki.


8. Posól do smaku. Posyp świeżo startym kokosem. 


poniedziałek, 17 czerwca 2013

Czy można w poniedziałek pobyć trochę w raju?

Można. Raj znajduje się niedaleko Krakowa i zamieszkiwany jest przez Bartka, Iwonę i Franka oraz ich zwierzęta. Jest to domowy hotel dla zwierząt, skarbnica pysznych produktów, mała farma rolnicza oraz najlepsza Pavlova jaką jadłam w życiu. Cudowne, poniedziałkowe popołudnie! 





WASSUP! Corner Burger.

"Wiesz, jak mówią we Francji na ćwierćfunciaka z serem? Royale z serem". To cytat z jednego z moich ulubionych filmów, który jest motywem przewodnim buregrowni położonej przy ulicy Dajwór 25. Corner Burger - bo o nim mowa - stał się moim ulubionym miejscem z burgerami nie tylko przez wystrój związany z Pulp Fiction. Swoją drogą, jeżeli ktoś chciałby zobaczyć jak wyglądają slamsy dzielnicy Kazimierz, to powinien zaglądnąć na początek i środek tej ulicy. Mnie kojarzy się z przedmieściami w Chicago, gdzie jadłam najlepszego cheeseburgera w życiu. 


Sam lokal jest niewielki ale schludny, z ceratą w kratę, obrazami i zdjęciami z filmu, poduszkami w kolorach flagi amerykańskiej. Lubię takie klimaty bo kocham USA. Jestem typowym dzieckiem PRL-u wychowującym się na paczkach zza wielkiej wody, gumach cynamonowych i ogólnym przeświadczeniu, że w Stanach wszystko jest lepsze. Co więcej miałam okazję tam być kilka razy i nie rozczarowałam się. Tak samo jak nie rozczarowały mnie burgery w Corner Burger. Porcje są duże, a wprowadzenie sezonowych burgerów bardzo dobrym pomysłem. Ja skusiłam się na Mr Gorgonzola z oliwkami, suszonym pomidorem, cebulą, serem gorgonzola i rukolą. Do niego wzięłam krążki cebulowe ( 8 zł), frytki (8 zł) i dwa sosy ( 1 zł): BBQ oraz guacamole. Najlepszy zestaw jaki do tej pory udało mi się zjeść w miejscach serwujących ten rodzaj kuchni. Sosy naprawdę przepyszne. Sam burger soczysty, bułka nie przesiąknięta, mięso dobrze wypieczone z zewnątrz i czerwone w środku - czyli tak, jak powinno być. Ceny w menu wahają się pomiędzy 15 a 24 zł. Ta druga wynika z pozycji zwanej Massive Beef Atack czyli klasyka ale z podwójną ilością mięsa i sera. Jeżeli jesteście bardzo głodni, to ta pozycja jest odpowiedzią na Wasz burczący brzuch. Ja ugryzłam kęs bo wabiła mnie trzecia pozycja o nazwie Firehosue (20 zł) czyli mięso wołowe, sałata, pomidor, ogórek kiszony, ser, chorizo, papryczki jalapeno, sos guacamole i sos tabasco. Ostra sprawa ale nie paląca a przepijając piwem marki Budweiser można uzyskać niebiańskie połączenie smakowe. Nie mogę sobie odmówić i muszę tu nawiązać do reklamy tego piwa ponieważ jak tylko zobaczyłam je w menu w mojej głowie zabrzmiało: WASSUP!


Haha, ta reklama będzie mnie bawiła do końca świata. Do zobaczenia w Corner Burger!