środa, 31 lipca 2013

Sernik z Trattoria Mia

Pyszny! Pisałam Wam o nim przy okazji recenzji włoskiej restauracji - Trattoria Mia. Udało mi się zdobyć, specjalnie dla Was, przepis. Warto jednak najpierw się wybrać i spróbować oryginału a potem brylować w swojej kuchni!



Sernik Spód: 

120 g herbatników 
60g orzechów 
100 g ciepłego masła 
3 łyżki miodu 
2 łyżki kakao 

Zmiksować piec 20 min 180 stopni

Masa:
800 ml śmietanki 36% podgrzać z laska wanilii ostudzić, potem znów podgrzać z 200 g białej czekolady. 4 jajka 4 żółtka 200g cukru Wmieszać razem dodać masę jajeczną do 600 g serka śmietankowego, wlać śmietankę i wymieszać. Piec w szczelnie ofoliowanej tortownicy w kąpieli wodnej w 120 stopniach przez 2,20 minut.


poniedziałek, 29 lipca 2013

Wegetariańsko - wegańska przygoda Pod Norenami.

Nie będę Was okłamywać. Jestem mięsożerna. I to tak bardzo, że nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej odwiedziłam wegetariańską restaurację. Pewnie zauważyliście też, że chyba w żadnej mojej recenzji, nie pojawiła się ani jedna sałatka. No cóż, tak właśnie mam. Dlatego nie będę Wam prawić o tym, że Pod Norenami - miejscu wegetariańskim jeśli nawet nie wegańskim, nie poznacie różnicy jedząc imitacje kurczaka czy wołowiny. Poznacie. Poznacie też wegetarianizm od najlepszej jego strony, najedzeni po uszy, zakochani w wariacjach kuchni azjatyckiej, wpiszecie ten lokal na stałe w swoją kulinarną mapę Krakowa. Bo tak, nie jedliście nigdy.


Mam szczęście do ulicy Krupniczej. Odwiedziłam tam kilka restauracji i żadna mnie nie zawiodła. Dwie z nich są w top 10 moich ulubionych miejsc, jedna do dzisiaj nie znalazła swojego odpowiednika w postaci konkurencji, bo jeżeli coś jest autorskie i ma dusze, to ciężko to podrobić. Dziś z całą pewnością mogę Wam powiedzieć, że Pod Norenami dopiszę do tej listy. Nie dlatego, że mam słabość do kuchni azjatyckiej. Po prostu nie sądziłam, że można przekonać dwie mięsożerne jednostki do jedzenia wegetariańskiego i wegańskiego. 



Wybrałam się tam z moim narzeczonym. Nie był pozytywnie nastawiony. Dziewczyny łatwiej przekonać do tego rodzaju miejsc, chociażby przez wzgląd na mało kalorii w jedzeniu. Nic więc dziwnego, że swoją przygodę z tym miejscem zaczęliśmy od sushi. Było najbezpieczniej. Nie wiedząc jeszcze jak się obejść z proponowanymi pozycjami z karty, zdaliśmy się na Itamae (Szef Kuchni) wybierając zestaw dwunastu kawałków o nazwie Omakase (29,50 zł) o smaku słodko-ostrym. I tu nastąpiło pierwsze zdziwienie. Nie ma ryb. Sushi skomponowane jest z warzyw! Pierwsza moja myśl: wszystkie moje przyjaciółki w ciąży będą zachwycone kiedy im to powiem! Druga myśl nie nastąpiła bo sushi zniknęło w dwie minuty. Przepyszne. Ryż dobrze ugotowany, sypki, nie bryja. Powiem szczerze, że w tym momencie otworzyły się nasze drzwi do świata wegetarian. Ochoczo wybraliśmy na przystawkę Nem (15,50 zł) sajgonki z "mięsem" i warzywami oraz Kabocha Gyoza (18 zł) pierożki z dynią i sosem chili. Chrupiące, z fantastycznymi sosami, pięknie podane. Odkryłam również nową inspirację kulinarną: krem pomidorowo-kokosowy (9 zł). Kokos genialnie osładza pomidory. Właśnie to lubię w kuchni azjatyckiej - mieszanie na pozór nie pasujących do siebie smaków, przełamanych nutką orientu daje zaskakujące wyniki. Tradycyjnie spróbowałam również Miso (11 zł), mojej ulubionej zupy na kaca i chociaż wtedy mi nie doskwierał przyznam, że po prostu uwielbiam wszystko w tej zupie. Zwłaszcza ten charakterystyczny, palony posmak oraz wodorosty. 


Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy przy daniu głównym nie zjedli czegoś "mięsnego" czyli omówionej we wstępnie wołowiny. Pani Kelnerka zapewniała nas, że różnica jest niewielka. Jest kolosalna. Nie wiem i nie rozumiem dlaczego chcąc zachęcić mięsożerców do kuchni wegetariańskiej wciska się im, że nie ma różnicy. Ja się tak zniechęciłam bo ktoś mi kiedyś zaserwował kotlet sojowy twierdząc, że smakuje jak kurczak. Nie smakuje. I tu było podobnie. Z wołowiną niewiele miało to wspólnego ale marynata była tak cudowna, a płatki "wołowiny" kruche i smaczne, że oboje zajadaliśmy aż nam się uszy trzęsły. Ja wybrałam "wołowinę" na ostro w sosie z czarnej fasoli na gorącym talerzu (25,50 zł). Do teraz, kiedy o tym pisze cieknie mi ślinka. Wojtek zajadał "wołowinę" pikantną smażoną w tajskiej bazylii (25,50 zł). Znacie nasze możliwości ale po tych wszystkich daniach skapitulowaliśmy. Porcje dań głównych są naprawdę duże, a ponieważ nigdzie nie jedliśmy czegoś równie pysznego, to wylizaliśmy talerze do ostatniej kropli sosu. Tartę z białej czekolady i zielonej herbaty zabrałam na wynos bo Pani Kelnerka zapewniała, że jest grzechu warta. Była! 


Fenomenem tego miejsca jest to, że nie znajdziecie takiego drugiego w Krakowie. Ma przyjemny, nieco szalony, azjatycki wystrój. Bogaty wybór w karcie, Szefa Kuchni, który gotuje autorsko i który potrafi przekonać nawet tak zatwardziałych wyznawców mięsnej kuchni jak My. Przede wszystkim jednak, czy wegetariańsko czy nie, jest po prostu inaczej. Tak już na Krupniczej bywa. Nie zawodzi.





niedziela, 28 lipca 2013

A BITE OF MUSIC część druga


Niedzielny piknik część druga! Spotykamy się dziś, 28 lipca od 15-18 na pikniku pod Kładką Bernatką. W zeszły weekend oprócz pogody, przygotowaliśmy dla Was niespodziankę - Marka Krupę Krupiszona, który zagrał dla Was na saksofonie! W tą niedzielę, mamy dla Was specjalne zaproszenia do FITNESS ACADEMY! Wakacje, dbamy o formę!! 







środa, 24 lipca 2013

Sznycel!

Składniki:

- 0,5 kg mięsa mielonego 
- 1 jajko
- przyprawa do mięsa mielonego
- 1 spora łyżeczka pieprzu
- 1 cebula 
- 1 ząbek czosnku
- bułka tarta
- smalec



Przygotowanie:

Mięso myję, dodaję przyprawę do mięsa mielonego, pieprz, sprasowany czosnek i pokrojoną w kostkę cebulę. Ugniatam aż wszystkie składniki się połączą. Jeżeli nie użyjecie przyprawy to koniecznie potrzebna Wam będzie sól. Mięso musi być dobrze słone, pieprzne i smaczne! Następnie formuje kotleciki i każdego oprószam bułką tartą. Smażę na smalcu :)

poniedziałek, 22 lipca 2013

C.K Browar

W miejscu tym, pewnie podobnie jak Wy, spędziłam swoje studia. Było blisko, miało genialne piwo lane z rur i jest przyzwoite cenowo jak na kieszeń pracującego studenta. Myślę, że gdybym zrobiła listę miejsc, które odpowiadają za moją edukację uniwersytecką to C.K Browar znalazło by się na niej bez dwóch zdań. Więc jakim cudem nigdy wcześniej tam nie jadłam?


Nigdy nie myślałam o tym miejscu jako "jedzeniowym". Tłumy ludzi, które w piątkowe popołudnie dość szybko zajmowały stoliki i oblegały rury nie były dla mnie zaskoczeniem. Za to część restauracyjna - owszem. Nie tylko dlatego, że karta to spory wybór ciężkich, idealnych do piwa, polskich, węgierskich i innego pochodzenia dań. Zaskoczyła mnie miła obsługa, która o karcie miała pojęcie i potrafiła namówić mnie na spróbowanie tego, czy owego, polecając również piwa o różnym smaku do wybranych przeze mnie pozycji. Jednak przede wszystkim zaskoczona byłam - sama nie wiem czemu - że dania te podane są w fajny, zwłaszcza dla turystów sposób i są naprawdę smaczne. 

Ponieważ swoją przystawkę zaczęłam od małego, pszenicznego, jasnego piwka, poprosiłam o przekąskę do niego w postaci panierowanego kurczaka z dwoma sosami (15 zł) oraz Befsztyka tatarskiego z polędwicy (22 zł). Porcje są duże, kurczak był chrupiący ale bez szału, za to befsztyk palce lizać. 

Kolejne danie poprzedziło piwo o miodowym smaku. Takie aksamitne, bez goryczki ale ciężkie. Idealnie komponowało się z kremem grzybowym z łazankami podawanym w chrupiącym chlebie (12 zł), kremem cebulowym z grzankami i parmezanem (8 zł) i...Jadłem Cesarsko- Królewskim (18 zł) czyli plackiem ziemniaczanym z gulaszem. Placki olbrzymie, gulaszu od serca, piwko idealnie się "przegryzało" sama nie wiedziałam czy lepiej pić czy jeść! Kremy  wyraziste w smaku ale cebulowa nie znalazła się w pierwszej trójce top 10 zup cebulowych w Krakowie. Może dlatego, że jednak jestem zwolennikiem całych kawałków cebuli i wyraźnego posmaku sherry lub wina w tej zupie. A może dlatego, że zabrakło szaleństwa sera pleśniowego w niej i była taka, hm, poprawna... Grzybowa fajnie podana, cieszy oko i podniebienie. Za to prawdziwym rarytasem były mięsa! Stek wołowy z sosem z zielonego pieprzu (40 zł) oraz stek z polędwicy wieprzowej w sosie borowikowym (23 zł). Soczyste, spore kawałki i ten sos z zielonego pieprzu. Będąc konsekwentnym, pisałam Wam jakiś czas temu, przy okazji recenzji któregoś z lokali, że bardzo często sos z zielonego pieprzu jest... zielonym pieprzem, palącym, pokruszonym, nie sprawiającym w ogóle przyjemności w jego konsumowaniu. Tu sos był świetnie zrobiony, ledwo palący, z kilkoma ziarnami pieprzu, na słodkiej śmietance. Miodzio. 

Nie wiem jakim cudem nie skosztowałam nigdy tak idealnych dań do piwa. Wiem za to, gdzie będę zabierała na obiad rodzinę, która nie mieszka w Polsce, jeżeli będą chcieli zjeść coś dobrego, atrakcyjnie podanego i napić się do tego wyśmienitego piwa. Polecę ten lokal każdemu facetowi, niezależnie od wieku i upodobań kulinarnych. Polecę go również kobietom, które katują się dietą, bo jeżeli grzeszyć a potem sobie wyrzucać, to tylko popijając piwo i zagryzając je treściwym żarełkiem w C.K Browarze!




niedziela, 21 lipca 2013

A BITE... OF MUSIC

Razem z MusicTrip, startujemy z nowym, wakacyjnym projektem. Tym razem spotykamy się piknikowo pod "Kładką Bernatką". Impreza jest dla każdego. Przez całe niedzielne popołudnie będziecie mogli się zatrzymać żeby razem z nami rozłożyć swój piknikowy koszyk, podzielić się jego smakołykami, sprawdzić się w grze w badminton oraz pobawić się przy muzyce serwowanej przez Chris’a Look’a z MUSIC TRIP.

Weźcie ze sobą koce, dobre humory i smakołyki. My dostarczymy pogodę i muzykę.

Link do wydarzenia na FB: 

https://www.facebook.com/events/143328849198701/




czwartek, 18 lipca 2013

Filet z kurczaka nadziewany jabłkiem i szałwią, gotowany na parze z dodatkiem jabłkowego Radlera

Kolejna wariacja na temat kurczaka zainspirowana od A do Z jabłkowym piwem Radler, które pewnego pięknego dnia zapukało do moich drzwi. W naszym domu często pojawia się też cytrynowa wersja tego napoju. Niemniej jednak nowość, która pojawiła się w sklepach czyli połączenie 40% jasnego piwa Warka i 60% jabłkowej lemoniady z 2% alkoholu zainspirowało mnie do przyrządzenia wieczornej, lekkiej, orzeźwiającej kolacji, której uzupełnieniem był kufel schłodzonego piwa. 


Składniki:

- 2 piersi z kurczaka
- 1 jabłko
- garść liści szałwii
- przyprawa do kurczaka
- garść fasolki szparagowej
- szklanka jabłkowego piwa Radler
- 5 goździków
- łyżka estragonu

Przygotowanie:

Do dużego garnka wlewam około litr wody. Dolewam szklankę piwa, dodaję goździki i estragon, gotuję. Piersi z kurczaka myję, osuszam i tworzę z nich kieszonkę. Jabłko i szałwię kroję drobno, mieszam razem i nadziewam nimi pierś. Całość nacieram przyprawą do kurczaka. Fasolkę myję i obcinam końcówki. Wszystko układam na bambusowym naczyniu i nakładam na duży garnek, gotuję na parze około 10 minut. Po tym czasie pierś jest soczysta, pełna aromatu powstałego z pary a fasolka jędrna. Podaję z niewykorzystaną częścią jabłkowego piwa Radler. 






środa, 17 lipca 2013

Niedzieling idealny. Trattoria Mia.

Niedziela była leniwa. Nic dziwnego bo tydzień trochę mną wstrząsnął. Nie chciało się nic, bo przez sześć poprzedzający dni robiło się za dużo. Mało spało, biegało w pospiechu, robiło kilka rzeczy na raz. A dziś zrobiło się leniwie. Długo spałam, śniadanie zjadłam o 13 i najdalej udało mi się dojść z sypialni na balkon. Bo nawet słonko wyszło i można było kości wygrzać. Moja druga połowa, podobnie jak ja, ledwie doczłapała się na balkon.

I zachciało się jeść.


Trattoria Mia położona jest na obrzeżach Krakowa. Mały, biały domek, z lawendowym ogródkiem, strefą zabaw dla dzieci, bezpośrednim parkingiem i zacisznym tarasem. Przyjemnie. Przyjemnie bo nie słychać tu miasta, chociaż po 10 minutach drogi znajdujesz się w jego centrum. Przyjemnie bo można oko zawiesić na zieleni i chociaż na chwilę poczuć się jak na wakacjach. Przyjemnie, bo nieśpiesznie, jak we Włoszech, na spokojnie można się delektować każdą potrawą. Siedzieliśmy trzy godziny. Niedzieling idealny.



Na pierwszy głód poszły przystawki: Antipasti ( 15 zł) składające się z: szynki parmeńskiej, salami, parmezanu, gorgonzoli, karczochów, oliwek, pomidorów suszonych, kaparów, rukoli, grissini, grillowanych warzyw z dodatkiem wypiekanego na miejscu pizzowego pieczywa oraz krem pomidorowy ze świeżą bazylią i słodką śmietaną ( 9 zł). Jedliśmy długo, bez pośpiechu, sami nie wiedząc na co mamy dalej ochotę. Karta nie zawiera wiele pozycji ale są one konkretne i tak skomponowane, że najchętniej zjadło by się wszystkiego po trochu. Mnie kusił rosół w wersji dla dzieci ( 6 zł) ale atmosfera skierowała mój kulinarny kompas na Risotto z grzybami i parmezanem na białym winie z pietruszką (24 zł), który niczym ufo wylądowało na stole. Było prawie takie jak moje. Aksamitne, maślane, nie rozgotowane (!!), z dużymi kawałkami grzybów i wyczuwalnym smakiem wina. Bardzo dobrze wypadły również polędwiczki wieprzowe w sosie z borowików, ziemniaczki opiekane z ziołami boczkiem i cebulą (28 zł). 




Zanim naszło mnie na desery, nie omieszkałam ominąć pizzy. Skoro już głód zmusił mnie do wyjścia z domu to w myśl poszukiwania fajnych miejsc z pizzą, wykorzystałam ten moment na jej spróbowanie. Mam kilka swoich pizzowych miejsc, o których opowiem Wam kiedy indziej. Niemniej jednak Trattoria Mia ze swoją pizzą Parma z sosem pomidorowym, mozzarellą, szynką parmeńską, rukolą i parmezanem (24,90 zł) wpisała się w jedno z nich. Podobna jest do jednej takiej na moście więc jeżeli dla odmiany nie chcecie czekać na stolik a macie ochotę na dobrą pizze to warto podjechać na ulicę Leona Petrażyckiego 27. 



Fajnie czerpać inspiracje z takich kulinarnych miejsc. Oba desery, które jadłam w Trattoria Mia   znajdą się niedługo w moich przepisach na blogu. Aksamitny sernik z sosem owocowym i bitą śmietaną (10 zł) przypomniał mi ten z restauracji Pod Sokołem. Oczywiście kucharz nie chciał mi zdradzić przepisu ale zbliżają się warsztaty, dzięki którym będzie można poznać Trattorię Mia od kuchni więc na pewno osiągnę sernikową Nirvanę. Frutti di bosco ( 14 zł) - autorskie - przypomina o beztroskim lecie, spacerze po lesie, kolorowy język od borówek i jeżyn. 




Było leniwie, prawdziwie po Włosku (zazwyczaj we Włoszech główny posiłek składa się z 3–4 dań), bez pośpiechu. Wieczorem z grupą przyjaciół siedliśmy w ogródku na Kazimierzu słuchając występu Szczepan Live Show, pijąc wiśniówkę i śpiewając do późnych godzin klasyki rocka.