niedziela, 13 października 2013

Wesele w pierwszej odsłonie - w ferworze szukania miejsca.

To jest jakaś zmowa. Słowo daję, słysząc "ślub", "wesele" ludzie świrują - mówiąc kolokwialnie. I nie mówię tu o Pannie Młodej (czyli w tej opowieści to ja), rodzicach czy przyjaciołach. Mówię tu o dostawcach. Kwiatów, pudełeczek, prezencików, zaproszeń, winietek, sali, menu... To i tak dobrze, że nagłośnienie należy do mojego męża a jego przyjaciel DJ w ramach prezentu zagrał na naszym weselu. Mieliśmy też szczęście, że prezentem od Babci okazały się obrączki przywiezione przez Dziadka z Libii, które idealnie wpasowały się w nasz styl. Tyle byliśmy "do przodu".

Moja rozpacz zaczęła się od poszukiwania miejsca w Krakowie na nasze nieco inne wesele niż wszystkie. Inne bo przede wszystkim motywem przewodnim była biel i czerń. Inne bo oboje z mężem pracujemy w gastronomii i serce nam pęka, kiedy musimy przepłacać trzykrotnie tylko dlatego, że powiedzieliśmy magiczne słowo "ślub". Inne bo miało być na luzie ale elegancko, bez wszelakich zbędnych opraw ale uroczyście. 

28 września - data naszego ślubu - nie sprzyja pogodowo, więc nie zależało nam na ogródku czy tarasach. Ponieważ za organizowanie ślubu wzięliśmy się w maju, kilka miejsc, które były naszymi typami odpadło. Kolejne miejsca odstraszyły nas ceną. Jezusie przyznam Wam, że to kradzież w biały dzień! Wiem, bo sama liczę food cost na co dzień i w wielu miejscach stosunek ceny do oferowanego menu jest po prostu rozbojem. Pomijam te miejsca, w których trzeba prosić się managera o zorganizowanie wesela. Nic bardziej mnie nie irytuje, niż fakt, że mam do wydania nie małą kwotę na przyjęcie i muszę się prosić aby manager wysłał ofertę, odpowiedział na pytanie i chociaż - jak na prawdziwego sprzedawce przystało - poudawał, że jest zaangażowany. Sama myśl, że mam zostawić w rękach kogoś tak niekompetentnego najważniejszy event w życiu przyprawia mnie o wściekłość. 

Sale konferencyjne sieciowych hoteli, ładne, ale bez wyrazu. Managerowie pracujący do godziny 17:00, zero elastyczności a przecież Wy wszyscy także pracujecie do minimum 17:00. Jak więc bez brania urlopu zorganizować to wydarzenie? Uwierzcie mi, sama zajmuje się organizacją wesel w miejscu, w którym pracuje i nie raz zdarzyło mi się zostać godzinę, dwie dłużej żeby pokazać Państwu Młodym salę, porozmawiać o menu czy warunkach. Dla ludzi pracujących w gastronomii to nie jest problem. Mamy za to dni wolne, możemy przyjść później do pracy - to nie jest korporacja, w której trzy minutowe spóźnienie może zaważyć na Waszym być albo nie być. To jest tylko i wyłącznie dobra wola osoby zajmującej się Waszym świętem. Jeżeli nie potrafi jej wykazać w tak ludzkiej sprawie - omijajcie miejsce szerokim łukiem. Dlatego dość szybko wyeliminowaliśmy kilka kolejnych miejsc. 

Prawda jest też taka, że żadne z nich nie nadawało się z powodu... kolorów. Tak, wiem zazwyczaj ludzie nie mają takich problemów ale ja się uparłam na biel i czerń i nie chciałam iść na kompromis. Bo niby dlaczego miałabym iść? Może gdybym znalazła miejsce z przyzwoitym cenowo menu i managerem, który wykaże zaangażowanie - złamałabym się. Bo do cholery czy w całym Krakowie nie ma eleganckiego czarno - białego wnętrza na 60 osób, z przystępnymi cenami i fajną ekipą?! Moja desperacja sięgnęła zenitu, kiedy  nagle wpisując jakąś kolejną dziwną frazę w wyszukiwarkę, wujek Google pokazał mi rąbek zdjęcia. Jest! Queen Boutique Hotel z Restauracją Amarylis na Dietla 60. Pognaliśmy czym prędzej by obejrzeć to miejsce. Nie wiedzieliśmy czy mają wolny termin, czy nasze 60 osób się tam zmieści, czy mają okrągłe stoły - co nie jest tak oczywiste i przede wszystkim: czy jedzenie jest smaczne i czy nasz zakładany budżet wpasuje się w ofertę hotelu. 

Jest pięknie. Nowoczesny hotel, z motywem cegły i przeszkleń. Panująca biel przełamana czernią i kolorowymi dodatkami sprawia, że wnętrze jest przestronne. Człowiek czuje się w nim komfortowo. Elegancko i uroczyście ale nowocześnie i na luzie. Do dziś jestem zachwycona tym miejscem. Spełniło wszystkie moje oczekiwania. Rewelacyjna Kierownik Hotelu - Pani Ewa Lucyszyn, która zapewne osiwiała po negocjacjach z nami i Pani Agnieszka - Kierownik Gastronomii, która nadzorowała nasze przyjcie, to dwie pomocne osoby. Zawsze miały czas żeby się z nami spotkać. Były przygotowane, doradzały i proponowały rozwiązania. Nie usłyszeliśmy od nich nigdy "nie da się", "to będzie dodatkowo kosztowało". 

Przyznam, nie byliśmy najłatwiejszymi klientami. Dokładnie wiedzieliśmy co chcemy i jak chcemy. Zarówno jeśli o menu i alkohol chodzi, po ilość jedzenia, dekoracje stołów i oczywiście dancefloor. Mój mąż sam zadbał o muzykę, nagłośnienie i oświetlenie - jest fachowcem w tej dziedzinie. Dzień wcześniej razem ze swoim przyjacielem Michałem - DJ'em z Rzeszowa, przygotowali play listę opartą o bogatą kolekcję uzbieraną z imprez mojego męża: wesel, firmówek, urodzin. Kilka tygodni wcześniej zadbaliśmy również by nasi goście przesłali nam swoje ulubione piosenki by w dniu wesela każdy znalazł coś dla siebie. To także patent wymyślony przez mojego Wojtka - doświadczenie wyniesione z międzynarodowych wesel. Personel hotelowy bardzo nam pomógł by wszystko było przygotowane na czas. Mogliśmy przyjechać ze sprzętem dzień wcześniej. W dniu ślubu na umówioną godzinę sala była gotowa, więc mąż sprawnie rozłożył sprzęt i światło, zrobił próbę i na luzie przyjechał po mnie z uśmiechem na twarzy. 


REKLAMA: WOJTEK STANEK - DJ, ŚWITAŁO I NAGŁOŚNIENIE
 tel. 728 553 859 


Na pewno wielką pomocą był fakt, że w ramach prezentu od hotelu dostaliśmy olbrzymi apartament. To wielka wygoda. Nie tylko dlatego, że można przygotowywać się do ślubu jednocześnie mając oko na to, co dzieje się w restauracji. Tak mają ludzie z branży, to nasze zboczenie - przyznaje. Zresztą przyjaciele od razu widzieli mój wzrok omiatający każdy kąt restauracji, każdy stół i detal zaraz po moim wejściu do niej, z kieliszkiem szampana do toastu w ręku. Czy aby na pewno wszystko jest tak, jak być powinno, czy każdy detal wesela znalazł swoje miejsce? Śmiali się, że nie mogłam sobie odpuścić nawet w dniu własnego ślubu. Było perfekcyjnie. Uwijająca się obsługa, zawsze gdzieś obok, nigdy nie musieliśmy ich szukać, by poprosić o kolejną butelkę wina, kawę czy herbatę. Mogłam spokojnie odetchnąć i zająć się swoimi gośćmi. 

Myślę, że z niecierpliwością tak, jak Ja, wszyscy czekali na jedzenie. Nie wiem czemu czułam stres, przecież to nie ja w końcu gotowałam, niemniej jednak kulinarne blogowanie zobowiązuje. I chociaż byłam pewna po degustacji, że wszystko będzie w porządku to jedzenie przeszło wszelkie moje oczekiwania. Wiem, jak się gotuje dla 50 osób. Znam to na co dzień. Dlatego moja ocena tym razem mogła nieco odejść od skali jakiej zazwyczaj używam pisząc recenzje kulinarne. Jednak najlepszym świadectwem i uznaniem dla Szefa Kuchni i całego personelu kuchennego był sms od mojego przyjaciela Maćka, siedzącego dwa stoły dalej: "Dawaj przepis na ten rosół. Może być później :)" Patrzyłam po minach ludzi pochłaniających przychodzące dania. Każdy wynajdował na talerzu coś, co go zachwycało. Sos w przystawce do plastrów indyka, warzywa do dania głównego, dzieciaki paluszki kurczaka z frytkami - trafiliśmy w gusta a załoga z kuchni spisała się na medal. Sos serowo- grzybowy do sakiewek ze schabu, został prawie wylizany z talerzy. Doskonale rozmarynowy, gęsty, dobrze doprawiony, z zapieczonymi kurkami komponował się idealnie do soczystego mięsa. Przy deserze padło z sali: "Szarlotka rozwala system". Aromatycznie cynamonowa, podana na ciepło z gałką lodów pachniała na całą salę. Niby proste menu: plastry indyka w bukiecie sałat z sosem balsamico, bulion z makaronem, sakiewka ze schabu w sosie serowo-grzybowym z opiekanymi ziemniakami i fasolką szparagową, szarlotka z lodami - moim zdaniem zestaw nieśmiertelny na takie imprezy. Po pierwszym tańcu w specjalnie przygotowanym miejscu pojawił się zimny i słodki bufet. Kruche wędliny, świeże sałatki i pieczywo - wszystko pięknie przystrojone i przede wszystkim smaczne. Późną nocą przed kacem gigantem ratował nas ostry gulasz węgierski. Bardzo treściwy, mięso miękkie, porcje spore. Cztery gwiazdy wieczoru każdego wesela, o których mówi się potem w kuluarach: miejsce, jedzenie, tort i muzyka były perfekcyjne. Jak powiedziała moja bratowa "chociaż by ktoś chciał, to nie ma się do czego przyczepić" - i jest to największy komplement. 

Zanim wyjechałam do Warszawy na dwa lata miałam agencję organizującą śluby: Magic Wedding. Dziś pracując w gastronomii, mając za sobą kilkanaście zorganizowanych ślubów, w tym swój własny z przyjemnością, pomogę każdemu kto tego potrzebuje! A BITE OF WEDDING do Waszych usług!

A w kolejnych odsłonach opowieści o naszym weselu, przedstawię Wam za kulisy i  osoby, bez których nie można się obejść, a które nie zedrą od Was pieniędzy tylko dlatego, że to ślub: fryzjer, make up, kosmetyczka, fotograf i tort! Będzie też o zaproszeniach i rozczarowaniach związanych z bukietem ślubnym czyli uczcie się na moich błędach :)










Wesele nasze:
fot. Bartek Wąsik
nightriderdtm@gmail.com
















Nasz pierwszy taniec :)





4 komentarze:

  1. Z zaintersowaniem przeczytalam Pani wpis, bo tez rozwazamy organizacje naszego wesela w Queen Boutique Hotel :). Chcialam sie Pani zapytac, bo widzialam ze mieliscie Panstwo slub w Willi Decjusza, czy duzo wczesniej trzeba tam rezerwowac termin? Pozdrawiam, Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli zależy Wam na terminie, który wypada od czerwca do września, to im szybciej tym lepiej. Gratuluje! :)

      Usuń
  2. Pani Aniu, z niecierpliwością czekam na kolejne odsłony wesela,i nie ukrywam, na te wskazówki o których pani wspomina..;-) Będzie coś jeszcze..? :-)
    Pozdrawiam, Emilia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Emilio, już dawno są :) Zapraszam!

      http://abitepl.blogspot.com/2013/10/wesele-w-drugiej-odsonie-fryzura-nie.html

      http://abitepl.blogspot.com/2013/10/wesele-w-trzeciej-odsonie-tort-podstawa.html

      Usuń