środa, 18 grudnia 2013

Na obiedzie u Ojca Chrzestnego w Corleone.

Złożę Wam propozycje nie do odrzucenia. Nie do odrzucenia bo kto nie chciałby się wybrać do włoskiej restauracji w Krakowie, która nieprzerwanie od 15 lat króluje na rynku gastronomicznym. Podziwiam w niej nie tylko wykwintne jedzenie ale również kulturę pracy. Bo ona, dla klienta oznacza, że może się spodziewać najlepszego: tego samego kucharza gotującego nieprzerwanie pysznie od piętnastu lat (!!), tej samej obsługi znającej nawyki stałych klientów i oferującą profesjonalną obsługę nowym, tego samego managera, który  przez lata wypracował przepis na sukces.

Corleone. Restauracja włoska, serwująca bardzo urozmaicone menu i wspaniałe owoce morza. Miejsce tak zwany pewniak. Tam kolacja, spotkanie, lunch zawsze są udane. Stylizowane na domowe wnętrze, dość ciężkie ale na pewno klimatyczne, wita przy drzwiach Ojcem Chrzestnym - synonimem tradycji i dobrego jedzenia.

Bo jedzenie naprawdę jest dobre. Przede wszystkim menu jest bardzo obszerne i trudno zdecydować, czym zadowolić podniebienie. Po drugie, dania są tak pyszne, że mogę wyobrazić sobie przychodzenie przez lata na te same pozycje. A po trzecie dodatkową propozycją jest wkładka sezonowa, która również wabi szaleństwami Szefa Kuchni. 

Wieść gminna o Corleone głosi, że to jedno z najlepszych miejsc z owocami morza. Dlatego na przystawkę zamówiłam zapiekane małże św. Jakuba (28 zł) i carpaccio z ośmiornicy (29 zł). Mogę podpisać się pod tym stwierdzeniem obiema rękami bo owoce morza są kruche, świeże, doskonale przyrządzone i pięknie podane. Jeżeli ktoś z Was nie lubi ośmiornicy, to powinien spróbować carpaccio żeby zmienić swoje zdanie. Delikatne, skropione sokiem z cytryny i przyprawione ziołami jest prawdziwą morską ucztą. Nie spotkałam się jeszcze z tak niebanalnym podaniem tego owocu morza. Małże gorące, zapieczone w aromatycznym sosie, coś nieprawdopodobnie pysznego. 


Czekadełko w postaci tapenady z oliwek to jeden z lepszych dodatków do pieczywa, w tej formie przyswajalny nawet dla mojego męża. Zanim przeszliśmy do zup, spróbowałam jeszcze foie gras z sałatą i ciepłą bułeczką (45 zł). Ja uwielbiam pasztety każdego rodzaju, ich delikatność, smak - często zaskakujący. Foie gras w Corleone jest aksamitne i stanowi sporą porcję, jak zresztą wszystko, co pojawia się na stole. 


Zupy były zapowiedzią zbliżających się dań głównych oraz braku miejsca na deser. Z dwojga, zdecydowanie stawiam na zupy dlatego nie zawahałam się zjeść całego talerza kremu z dyni z gorgonzolą i pieczoną gruszką (12 zł). Gruszka, gorgonzola i dynia to połączenie idealne samo w sobie. W asyście prażonych płatków migdałów nic nie stanowi dla niej konkurencji, dlatego zupa rybna (16 zł), choć zaskakująca bo kremowa i esencjonalna, pozostała nieco w tyle. 

Wśród dań głównych królują owoce morza, mięsa i makarony. Te ostatnie robione na miejscu jako specjalność Corleone. Ja wybrałam Conchiglioni z cielęciną, pieczarkami porto (27 zł). Rozpływająca się w ustach cielęcina w kremowym sosie zatopiona w muszlach i pietruszce. Poezja na talerzu. Kotleciki jagnięce z pieca z borowikami i kozim serem (58 zł) zostały obgryzione do kości!  Na koniec zamówiliśmy małą porcję owoców morza z grzankami (35 zł), bo te są tutaj naprawdę wybitne. Na talerzu znajdziecie krewetki, małe ośmiornice, małże i kalmary. Wszystko podane w sosie własnym, bez ulepszaczy bo w prostocie leży smak i aromat. 


Przez tyle lat swojej działalności Corleone znalazło wielu fanów, którzy przychodzą tu by rozkoszować się włoską kuchnią, niepospolitą i wykwintną. Znalazło też fanów w nas i znajdzie w każdej jednej osobie, która szuka nowej odsłony jakże lubianej kuchni w połączeniu z dobrą obsługą i niezmienne świetnym standardzie jakości i usług. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz