wtorek, 3 grudnia 2013

No 7. Gabinet osobliwości.

Rynek Główny w Krakowie jest jak zegarek turystyczny. Ustawiony pod falę najazdu turystów, którzy zalewają ulicę najchętniej między majem a październikiem. Pod ten sam zegarek ustawiona jest gastronomia. Nie ma w tym nic złego, gorzej było by gdyby nie reagowała ona na potrzeby klienta o największym stopniu natężenia. Ja jednak ciesze się, kiedy kurz po stopach turystów opada i wyłania się całkiem nowy obraz, kulinarne szaleństwa skrywane dotąd pod schabowymi i bigosami. Tak, jak w Restauracji No 7 położonej na płycie Rynku Głównego pod tym samym numerem. 

Dania zachwyciły mnie trzema składnikami, które stanowią o sukcesie Szefa Kuchni: smakiem, wyglądem i fantazją. Trochę kuchni molekularnej, trochę sous vide, zabawa teksturą, produktami, formą podania i łączeniem smaków. Istny gabinet osobliwości na stole. Każde danie jest jak małe dzieło sztuki. W czekadełku niespotykana struktura smalcu. Gwarantuje Wam, że nie spotkaliście się jeszcze z taką jego formą. Gładką, świecącą, jedwabistą. Tatar z łososia z sufletem ogórkowym i żółtkiem mango (15 zł) - grubo krojony, z czerwoną cebulą i avocado wyglądał dokładnie tak pysznie jak smakował. Cudowne połączenie ryby ze słodkim mango ukrytym w żółtku dodało daniu charakteru, który zmienił je w nigdzie indziej niespotykane. Krewetki tygrysie podane na małży św. Jakuba marynowane pod ciśnieniem z sosem z chili i pianką z limonki (15 zł) chciało by się jeść bez końca bo podniebienie rozkochuje się po pierwszym kęsie w tej przystawce. Już sam wstęp, pierwsze dania na stole zapowiadają niezwykłą ucztę. 

A w menu robi się coraz ciekawiej. Krem borowikowy z oliwą truflową (14 zł) pachnie obłędnie i smakuje prawdziwymi borowikami. Pasztet z dzikiej kaczki podany na racuchu jabłkowym z sosem wiśniowym (15 zł) jest delikatny, świetnie skomponowany z racuchem. Taka oczywistość - kaczka i jabłko ale jako pasztet i z racuchem nadaje daniu wykwintności. Niby klasycznie bo Polędwiczki wieprzowe marynowane w próżni przełożone placuszkami ziemniaczanymi podane w sosie borowikowym (42 zł) brzmią całkiem znajomo i normalnie prawda? Nieprawda. Nie sądziłam, że można z takiego dania wyrzeźbić coś tak pięknego. Chrupiące placki o chropowatej teksturze. Gładki sos z dużymi kawałkami borowików. Soczyste polędwiczki i dekoracja, która zwieńczyła dzieło. I smak. Nic dodać, nic ująć, jeść i cieszyć oczy. 

Najbardziej tradycyjnym daniem jakie zjadłam tego wieczoru były walcowane polędwiczki z sarny podane z jarzynami Pinokio na lustrze sosu jagodowego (42 zł).  Jego wygląd rozbudza wyobraźnie. To leśne danie z każdym kęsem zabiera na wyjątkowy spacer. Sos jagodowy jest fantastyczny, kwaskowaty pasuje idealnie do lekko słodkawej sarniny. Mięsa delikatnego, soczystego i kruchego.

Przy deserze nogi mi się ugięły. To, że połączenie jabłka i karmelu jest połączeniem idealnym wiemy już od dawna wszyscy. Tarteletka jabłkowa podana z mrożona bezą i karmelkiem (14 zł) oraz ciekłym azotem jest ideałem tego połączenia. Ciekły azot ścina karmel, którym wysmarowany jest talerz w około chrupiącej tarteletki z kruchego ciasta z grubo krojonymi jabłkami. Dzięki temu ma konsystencje krówki ciągutki. Zeskrobywałam go z talerza do ostatniej możliwej łyżeczki. Coś fantastycznego. Przy okazji deseru dowiedziałam się, że w starej książce kucharskiej znalezionej podczas odgruzowywania tej restauracji podany był przepis na Małdrzyki krakowskie. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą nazwą, za którą skrywają się po prostu racuszki serowe. W Restauracji No 7 podane na karmelowym sosie i wiśniowym kawiorze (14 zł) są puszyste, kremowe i rozpływają się w ustach. Warto jest iść je spróbować. 

To, co jeszcze zwróciło moją uwagę to ceny w karcie. Nie, nie będę tu rozprawiała o ich wysokości tylko kompozycji. Zauważcie, że każde danie ze swojego przedziału ma taką samą cenę, niezależnie od tego, co zamówicie. Przystawki 15 zł, dania główne 42 zł a desery 14 zł. Dzięki temu zawsze wiadomo jak przygotować się  kwotowo do wizyty w tym miejscu i można się skupić na wyborze dania bez patrzenia jaki będzie jego koszt i czy na pewno nasz budżet to zniesie. Sprytnie.

Po wyjściu z Restauracji No 7 spacerowałam w mroźny wieczór po Rynku ciesząc się, że mam jeszcze jeden powód do zadowolenia z nadchodzącej zimy: uwolniony potencjał restauracji z małymi, kulinarnymi dziełami sztuki. 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz