czwartek, 30 stycznia 2014

Turek Pomoże od Kuchni i A BITE TO EAT na łowach!

Przyjechał do mnie Michał Turek, znany z radiowego programu Turek Pomoże od kuchni nadawanego w Gdańsku w radiu Plus. Michał zapuścił się w nasze strony aby poznać kulinarny Kraków i zjeść coś dobrego. Trzeba przyznać, że smakosz z niego wybitny! Dawno nie słyszałam, żeby ktoś tak opowiadał o jedzeniu jak On. Jak to kiedyś moim koledzy z radia mówili: "To jest właśnie magia radia". Mam nadzieję, że słuchacze na Pomorzu uruchomią swoja wyobraźnie i dzięki programowi Michała przyjadą do nas w najbliższym czasie bo przecież nie samą ryba człowiek żyje. ;-)

A jeśli nie rybą to na przykład jagnięciną z pysznym miętowym sosem, zrobioną na dodatek na otwartym grillu. Odwiedziliśmy z Michałem restauracje Grande Grill, o której opowiadałam Wam jakiś czas temu. Miejsce nietypowe wśród restauracji na Rynku Głównym, bo z magiczną altaną, w której możecie podglądać dzięki otwartej kuchni uwijającego się Szefa. Miejsce, które serwuje potrawy tylko z grilla, specjalizuje się w stekach, dziczyźnie, baraninie i jagnięcinie. Zabrałam tam Michała aby sam mógł stwierdzić, że na południu brylujemy w grillowaniu i naprawdę dobrym mięsiwie wypasanym na bieszczadzkich i nowotarskich łąkach.



Po obfitym posiłku nic tak nie dopełniło naszego dobrego samopoczucia jak wizyta w Słodkim Wierzynku. Miejsce niedawno otwarte - chociaż historią sięga 1364 roku. Kusi ręcznie robionymi pralinami, prawdziwą gorącą czekoladą i cudną stylizacją. Wszyscy znają historię najsłynniejszej krakowskiej restauracji "Wierzynek". Oparta na prestiżu i wyjątkowości wydanej w 1364 roku uczcie dla gości króla Kazimierza Wielkiego, zorganizowanej przez Mikołaja Wierzynka, dzisiaj, dzięki sklepowi i kawiarence Słodki Wierzynek, serwuje niepowtarzalne desery dla każdego krakowianina. 

Spotkaliśmy tam Jerzego Łukasika - Szefa Kuchni Słodkiego Wierzynka, pod którego czujnym okiem sztab ludzi pracuje tworząc małe dzieła sztuki. Opowiedział nam o tym jak powstaje pralina, podał przepis na domowe trufle i poczęstował filiżanką szczęścia - gęstą, gorącą i genialną czekoladą. 



Na koniec naszej wycieczki zaglądnęliśmy do punktu, który nieprzerwanie od dwudziestu trzech lat króluje na gastronomicznej mapie Krakowa - Kiełbasek z Niebieskiej Nyski. Miejsce obowiązkowe dla każdej osoby przyjeżdżającej do Grodu Kraka! Jadali tam najwięksi tego miasta i nie skłamię jeżeli powiem, że Panowie to prawdziwi celebryci bo znani są w całej Polsce. Ja osobiście nie znam osoby, która nie zjadła tam domowej roboty kiełbaski opalanej na prawdziwym drewnie z wielką bułą

Mam nadzieję, że Michał spędził miło czas, na pewno zabierze ze sobą parę kilogramów więcej ale zażył gościny krakowskiej w najlepszym wydaniu!

Park Hotel Łysoń

Chyba odkryłam, dlaczego tak lubię hotele. To przez tą magię, która otacza cię zaraz po wejściu do środka. Często zewnętrzna część hotelu zupełnie nie oddaje jego klimatu. Tak było w przypadku czterogwiazdkowego Park Hotel Łysoń. Położony w miejscowości Inwałd na trasie Kraków - Wadowice - Bielsko Biała, zaraz przy drodze, ładny aczkolwiek z surowym otoczeniem budynek, miejscem postojowym na 120 samochodów, sprawiał wrażenie jakby zamarzł. I być może tak było, bo śnieg postanowił wreszcie zagościć w te strony.  

Za to po odprawieniu się na recepcji odkryłam, że po przejściu długich korytarzy, zakręcających raz w lewo raz w prawo, znajduje się 41 przytulnych pokoi z bezprzewodowym internetem, z ładnymi łazienkami, wyposażone w czajnik, kubki, kawę i herbatę. Z pachnącą pościelą i bardzo wygodnymi materacami. Nie chciało się wychodzić. I chociaż szkoda było stoków narciarskich, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rozkwitły bajkową scenerią, tym razem pragnienie relaksu zwyciężyło. 

Nie żałowałam. Spa w Park Hotel Łysoń jest fantastycznym miejscem, pełniącym dokładnie taką rolę, jako mu przypisano. To inny wymiar hotelu, z relaksacyjną muzyką i szumem wody. Przygaszonymi światłami i delikatnym zapachem unoszącym się w powietrzu. Odprężał od przekroczenia drzwi. Wyobraźcie sobie zacinający za oknem deszcz, wiatr bawiący się zaspami śniegu, mróz szczypiący policzki i wsadźcie go za okno a sami rozgrzejcie ciało w jacuzzi lub saunie. Przyjemnie prawda? Tak, też lubię kiedy pada śnieg za oknem a ja w tym czasie siedzę w przytulnym miejscu. 


 
Wybór zabiegów nie był trudny. I chociaż mogłam skorzystać z różnych owocowych i mlecznych kosmetyków, to z zimą zawsze kojarzyć mi się będzie właśnie ona - czekolada. Mąż dał się namówić na masaż. Byłam mile zaskoczona, kiedy okazało się, że mój peeling z balsamowaniem i masażem odprężającym (150 zł 75 min.) będzie robiony równocześnie z masażem gorącą czekoladą (99 zł 60 min.) mojego męża i to w jednym pokoju. Masaż dla par. Świetne rozwiązanie nie tylko ze względów czasowych - zabiegi trwają mniej więcej tyle samo ale przede wszystkim dużo przyjemniej jest, kiedy taki masaż robiony jest równolegle. Przestronny pokój zabiegowy, z wanną w kolorach beżu i brązów. Rozświetlony przez świeczki na ścianie i muzyką z szumem oceanu w tle, wprowadził nas w świetny nastrój. Profesjonalna i miła obsługa, wykwalifikowani masażyści i to uczucie przytulności zdominowało zdecydowanie ten wieczór.
Nie wiem czy to z powodu zabiegów w SPA czy ogólnej atmosfery intymności i przytulności w hotelu ale wypoczywa się w nim naprawdę dobrze. Jak wiecie dla mnie kluczowymi są śniadania, zwłaszcza te hotelowe. Uwielbiam szwedzki bufet, z różnego rodzaju pieczywem i dużym wyborem dodatków. Śniadanie w Park Hotel Łysoń było właśnie takie. Ciemne i jasne pieczywko, rogaliki, bułeczki. Serki, pasty, konfitury, wędliny, warzywa. Kilka rodzajów płatków, jajecznica, kiełbaski i jajka na ciepło, sok, kawa i herbata w dużym kubku! Zdecydowanie najlepszy pomysł jaki można było zastosować przy śniadaniu. Nie cierpię tych małych filiżaneczek, za każdym razem muszę iść przynajmniej trzy albo cztery razy żeby nalać sobie herbaty bo ją uwielbiam, zwłaszcza rano. Mocną, bez cukru. Tu rozwiązanie idealne, duże, ciężkie kubki! Wszystko smaczne, bufet cały czas uzupełniany przez Panią kelnerkę, niczego nie brakowało. Mogłam bez pospiechu delektować się każdym kęsem i powoli zaczynać dzień. A było co robić!
Przez noc napadało sporo śniegu, a Park Hotel Łysoń położony jest w doskonałej lokalizacji. Niedaleko są Wadowice, gdzie nie ukrywam, przyjeżdżam na kremówkę. W pobliżu jest też dom rodzinny mojego Męża, w którym Teściowie zawsze mają dla nas same dobroci. Jest też Park Miniatur, co prawda nieczynny w zimie ale latem warto się do niego wybrać. Hotel dysponuje swoim własnym lodowiskiem a niedaleko jest stok narciarski - słowem gdziekolwiek nie chcielibyście pojechać jest to bardzo dobra baza wypadowa. My skorzystaliśmy ze wszystkich opcji i Was też do tego zachęcam (no może nie nawiedzajcie moich Teściów bo i tak dobroci są tylko dla nas :-P).


zdjęcia Park Hotel Łysoń










środa, 29 stycznia 2014

Najlepsza Pizza w Krakowie? Malinowy Anioł.

Drugim miejscem z fantastyczną pizzą jaką odwiedziliśmy był Malinowy Anioł. Nie było dla mnie zakoczeniem, że pizza z tego miejsca jest smaczna. Bardzo lubię Malinowego Anioła, to dopieszczenie każdego detalu, atmosferę, piękny wystrój a także smaczną, włoską kuchnię.

Jaka jest pizza? Na bardzo cienkim cieście, chrupiąca i pachnąca drewnem. Można oczywiście zamówić pizze na grubym cieście - pieczone w szamotowym piecu jest naprawdę pyszne, pozbawione wody - nie opada kiedy weźmiemy kawałek do ręki. Rozmiar jest jeden: 40 cm więc raczej należy przyjść głodnym. Można wybierać w trzynastu smakach. 

Naszą uwagę zwróciła pozycja pod nazwą "Dla odważnych" (28 zł) - sos pomidorowy, oryginalne piekielne włoskie salami, peperoncino, czosnek, ser, szklanka wody. Szklanka wody! Umarłam ze śmiechu widząc ją w składnikach pizzy, niemniej jednak bardzo się przydała bo faktycznie pizza ta jest ostra. 

Ja zdecydowałam się na Salsiccia – sos pomidorowy, ser, suszone pomidory grillowana salsiccia (32 zł). Salsiccia to oryginalna włoska kiełbasa, charakteryzuje ją to, że występuje w wielu odmianach i praktyczne każdy region Włoch ma swój typ kiełbasy. Zasmakowałam w niej bardzo, polana oliwą z oliwek przywodzi na myśl lato.

Godziny nieubłaganie mijaja w Malinowym Aniele, nawet nie wiesz kiedy zlatuje ci popołudnie. Bez względu na to, czy jest to danie z karty czy pizza, tu zawsze jedzenie jest bezbłędne.


poniedziałek, 27 stycznia 2014

Naleśniki z serem i orzechami laskowymi

Składniki:

- 150 g mąki
- 3 jajka
- szczypta soli
- 250 ml mleka
- pół szklanki gazowanej wody mineralnej
- ser biały tłusty (ilość zależy od tego czy lubicie dużo nadzienia)
- 2 łyżki cukru waniliowego
- 3 łyżki cukru zwykłego
- orzechy laskowe Kresto
- tłuszcz do smażenia

Przygotowanie:

Ser biały mieszam z żółtkiem, cukrem waniliowym i cukrem zwykłym. Orzechy miażdżę (zazwyczaj zawijam je w ściereczkę i rozwalam tłuczkiem) i prażę na patelni. Mąkę, 2 jajka, sól i mleko mieszam na gładką masę. Jeżeli jest za gęsta dolewam wody gazowanej aż uzyskam średniej gęstości konsystencje. Patelnię smaruje tłuszczem (nadmiar ściągam chusteczką), smażę naleśniki. Przekładam je serkiem a wierzch posypuję prażonymi orzechami. 



czwartek, 23 stycznia 2014

Najlepsza Pizza w Krakowie? Trzy Papryczki

Tak, jak zapowiadałam wybraliśmy się szlakiem poszukiwań najlepszej pizzy w Krakowie i okolicach. Na pierwszy ogień wybraliśmy znaną pizzerię Trzy Papryczki. Lubię kiedy miejsce jest dedykowane i wyspecjalizowane w jakimś jednym smakołyku. Menu w Trzech Papryczkach zdecydowanie zdominowała pizza i powiem Wam, że to była bardzo przyjemna wizyta.

Przede wszystkim piec opalany drewnem nie tylko robi świetny klimat w pizzerii, w której jest przyjemnie ciepło. Nadaje on pizzy niesamowitej chrupkości i aromatu. Ciasto jest cienkie, z pękającymi bąblami ale nie przesuszone i nawet powiedziałabym, że nieco puszyste. Co mnie urzekło w tej pizzerii? Kreatywność serwowanych pizz. Oprócz klasyków znajdziecie między innymi: Pizze z pieczonym indykiem, avocado i migdałami czy Pizza z chorizo, grillowaną papryką i czerwoną fasolą. 

My zdecydowaliśmy się na kilka kombinacji: pizza z chorizo, wędzonym serem scamorza i żurawiną ( 26 zł) połączona z  Pizza Con Olive - Pasta z czarnych i zielonych oliwek, anchois, mozzarella (26 zł). I to była jedna mieszanka składająca się z dwóch pizz. Duża pizza jest przyzwoita ale wielkość nie jest tym, czym szokują Trzy Papryczki. Za to połączenie chorizo z wędzonym scamorza i żurawiną było szokująco fajne, bo chociaż z przyjemnością sięgnęłabym po ten zestaw solo, tak jako składnik pizzy miałam pewne obawy. Poprosiłam nawet aby żurawina była podana osobno - tak na wszelki wypadek - okazało się to zupełnie zbędne ponieważ całość komponowała się genialnie. Druga połowa nie zaskoczyła mnie aż tak bardzo. Uwielbiam tapenade z oliwek, mogę jeść ją dwoma łyżkami na raz, a na cienkim cieście pizzy... po prostu palce lizać.

Drugi zestaw jaki wypróbowaliśmy to firmowa: Trzy Papryczki - łagodna lub bardzo ostra z grillowaną papryką, czosnkiem, anchois i salami (27 zł) oraz Pizza Frutti di Mare - owoce morza, cebula, rozmaryn, mozzarella (29 zł). Zestaw bez szokujących połączeń ale z pysznym, włoskim salami, całymi papryczkami, dobrze przyprawiona. Nie zawodzi. Właśnie o to mi chodziło. Żeby znaleźć takie miejsce, które nie zawiedzie mnie kiedy przyjdzie ochota na pizze!



środa, 22 stycznia 2014

Przysmak małopolski: A niech to gęś kopnie!

Urodziłam się i przez większość swojego życia mieszkam w Małopolsce. Zadziwiające jest dla mnie to, jak mało odkryta jest ona dla mnie. Zwłaszcza od strony kulinarnej. Po znalezieniu zeszytu z przepisami mojej prababci Anny, postanowiłam podróżować szlakiem nie tylko jej przepisów ale wszystkich przysmaków jakie możemy dostać w Małopolsce. 

Gęsina była dla mnie zupełnie nowym odkryciem. Owszem, nie był mi obcy pasztet z gęsi i nawet kiedy miałam 3 lata moją przyjaciółką była gęś Tasia. Tak, tak prawdziwa gęś, która mieszkała u Babci w Czchowie. Przyznam jednak, że jako przysmak przygotowywany głównie na święto św. Marcina - był mi obcy. Do czasu kiedy moja Mama nie przygotowała jej na urodziny Taty. 

Pieczona w całości, z chrupiącą skórką, o którą walczyliśmy na widelce z bratem, delikatnym mięsem szybko podbiła moje serce. Zanim podam Wam przepis mamy, dodam, że ostatnio wpadła mi w ręce (jak się dobrze poszpera i zaangażuje rodzinę, to naprawdę cuda można wygrzebać), książka kulinarna "Jak gotować - praktyczny podręcznik kucharstwa" Marii Disslowej z 1930 roku. Była ona wówczas dyrektorką Szkoły Gospodarstwa Domowego w Lwowie a książka przez nią napisana zawiera 900 stron oraz kolorowe ilustracje! Pani Maria tak pisze o gęsinie: 

"Młode gęsi można piec jak kaczki, stare muszą być marynowane. Oczyszczoną i wypatroszoną gęś sparzyć wrzątkiem, obsuszyć i opalić nad spirytusem. Natrzeć wewnątrz i zewnątrz solą i imbirem. Gdy gęś jest niezbyt tłusta, naszpikować ją gęsto słoniną. Starą gęś zamarynować na kilka dni, gęsto naszpikować słoniną i dusić w rondlu pod pokrywą."

A przepis mojej Mamy jest taki:

Gęś dokładnie wyjemy odrywamy tłuszcz (świetnie nadaje się to zup i sosów)  nacieramy solą pieprzem  wewnątrz i na zewnątrz zostawiamy na około 2 godziny w chłodnym miejscu. Obieramy jabłka, usuwany gniazda nasienne, obtaczamy w majeranku i wkładamy do gęsi. Dobrze upychamy, zszywamy lub używamy do tego celu szpilki. Wkładamy do nagrzanego piekarnika do 220 stopni C i pieczemy. Jak się zrumieni zmniejszamy temperaturę do 180 stopni C i dalej pieczemy około 2 godzin- 2,5 godzin ( zależy od wielkości) przewracając od czasu do  czasu polewając powstałym sosem pod koniec pieczenia obsypujemy majerankiem. 


Do Gęsi możemy zrobić sos: 

Odbierz troszkę sosu z pod gęsi około 1/3 szklanki. Dodaj do rondelka małą marchewkę, ząbek czosnku, cebule, kawałek selera, sól i biały pieprz. Podsmaż, dodaj majeranek, sos balsamiczny do smaku, zmiksuj w blenderze. Dodaj łyżkę śmietany przypraw solą i pieprzem do smaku.



Ja i Tasia :)



wtorek, 21 stycznia 2014

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Galaretki Winiary - test na Kostku.

Kostek to bardzo mądry dwu i pół latek. O dość specyficznym kulinarnym guście,  podobnie jak jego ciocia nie akceptuje nadmiaru składników na kanapkach czy w ogóle w daniu. Jest nieprzeciętnym miłośnikiem oliwek, woli bułkę z masłem od schabowego ale przede wszystkim uwielbia galaretki. Dlatego wspólnie postanowiliśmy wypróbować markę Winiary!

Co o galaretce mogę powiedzieć. Pachnie pięknie, szybko się ścina (o nie, to nie jest takie oczywiste uwierzcie mi) ale przede wszystkim podoba mi się gama smaków. Od klasycznych: brzoskwiniowej, truskawkowej, cytrynowej, malinowej, wiśniowej i pomarańczowej po curacao, pina colada, mojito i margaritę. 

Plan był całkiem dobry, bazą miała być galaretka margarita z odrobiną limonki i ekstra bitą śmietaną. Jak możecie zobaczyć po zdjęciach byliśmy uzbrojeni po zęby, przymiarki i wyposażenie kuchenne było niczym do produkcji rzymskiej pieczeni! Skończyło się na wyjadaniu samej bazy czyli galaretki i to z takim zapałem, że ledwo zdążyłam cyknąć zdjęcia :-)


sobota, 18 stycznia 2014

czwartek, 16 stycznia 2014

Choco Cafe na Wiślnej, odpowiedzią na moje śniadaniowe modlitwy.

Gdyby się tak zastanowić, to naprawdę nie ma wiele miejsc ze śniadaniem wartych polecenia. Co przeszukuje w internecie, czy też pytam znajomych, zawsze padają nazwy tych samych miejsc. A ja śniadania uwielbiam, zwłaszcza te późną porą i takie, które pogodzą zamiłowanie mojego Małża do jajecznic i szynek z moimi skłonnościami do rogalików, dżemów i kruchego pieczywka. 

Choco Cafe odwiedziłam jakiś czas temu. Było to niezwykle miłe zakończenie jesiennego spaceru, z dobrą kawą, dużym wyborem herbat i tartą cytrynową. Miejsce spodobało mi się bo jest przytulne, smaczne i ma fajne inicjatywy - jak ta z książką za kawę. Poza tym menu to istne szaleństwo, zastanawiałam się kiedyś czy będzie mi dane spróbować tych wszystkich babeczek, muffinek, ciast, lodów i koktajli, bo wybór jest naprawdę spory a ja, jak już się do czegoś przysysam - jak do tarty cytrynowej - to ciężko mi sięgnąć po coś innego.  

Tymczasem Choco Cafe przyciągnęło mnie szybciej, niż mi się mogło wydawać, wprowadzając do swojej oferty śniadania podawane od 8:00 do godziny 12:00. Jakieś piętnaście minut przed dwunastą stawiliśmy się w lokalu głodni jak wilki. Wkładka śniadaniowa jest bardzo fajnie skomponowana. Każde śniadanie jest w cenie 15 zł. Do każdego podawana jest herbata, kawa czarna i kawa biała w cenie 3,50 zł oraz sok pomarańczowy w gratisie. Ale to, co mnie się spodobało przede wszystkim to fakt, że do każdego ze śniadań podawany jest koszyk pieczywa - dwa tosty i dwie bułki jasna oraz ciemna. Nie musiałam więc rezygnować z mojego ukochanego, chrupkiego, świeżego pieczywa na rzecz Śniadania Francuskiego, składającego się z croissantów maślanych, musli owocowego z jogurtem naturalnym i sosem wiśniowym, bo w każdym zestawie podawane są: pieczywo, masło, miód, dżem i pasztet. Bardzo ale to bardzo fajne rozwiązanie. Mój Małż wybrał zestaw o nazwie Śniadanie Wiejskie, w którym oprócz wymienionych wyżej składników znalazł się twarożek ze szczypiorkiem, ser żółty, szynka, ogórek, pomidor. Wszystko świeże, ładnie podane. 

Przyznam Wam się, że zamawiając śniadanie nie odpuściłam sobie tarty cytrynowej, będąc przekonaną, że wyjdę bez niej głodna. Nic bardziej mylnego. Musiałam ją sobie odpuścić bo miałam pełny brzuch a uwierzcie mi, potrafię na śniadanie zjeść bardzo duże ilości jedzenia. Ja je po prostu uwielbiam! Dla mnie to najważniejszy posiłek dnia i lubię je celebrować. W Choco Cafe spędziliśmy sporo czasu, nie dość, że nad pysznymi zestawami, białą kawą i czajniczkiem herbaty, to jeszcze na kreatywnym planowaniu dalszej części dnia. Ciesze się, że powstało kolejne miejsce ze śniadaniem, które mogę Wam polecić. Może w 2014 uda mi się skomponować Top 10 krakowskich restauracji z najlepszym śniadaniem. Bez wątpienia Choco Cafe znajdzie się na tej liście! 


środa, 15 stycznia 2014

Przegrzebki flambirowane w brandy

Uwielbiam! Są genialne bo można je podać na milion sposobów, praktycznie wszystko do nich pasuje a przy tym są tak delikatne i szlachetne same w sobie, że szkoda je zarzynać nadmiarem jakiś składników. Ja swoje przygotowałam w śmietanowym sosie z brandy i zapiekłam w piekarniku. Świetna przystawka. 

Składniki:

- 6 przegrzebków
- 1/2 śmietanki kremówki 30
- szczypta soli
- ok 75 ml brandy
- bułka tarta lub okruszki z chleba
- 1/4 masła
- szczypta startego drobno, żółtego sera 
- zielona pietruszka


Przygotowanie:

Przegrzebki myję, osuszam, solę. Na patelni rozpuszczam masło. Przegrzebki smażę po 1 minucie z każdej strony, dolewam brandy i podpalam. Kiedy ogień się wypali dodaję śmietanę kremówkę. Całą zawartość patelni przelewam na muszlę, posypuję bułką tartą zmieszaną z serem. Zapiekam w 220 stopniach przez około 2 minuty. Podaję posypane pietruszką. 


Pierś z kurczaka nadziewana szpinakiem i musem orzechowym z purée z topinamburu i sosem serowym

Głowiłam się nad przepisem na konkurs drugiej edycji BlogerChef aż w końcu zaszyłam się w kuchni i wymodziłam takie oto danie. 



Składniki na kurczaka:

- 2 piersi z kurczaka
- garść liści szpinaku
- 1 ząbek czosnku
- 1 łyżka masła
- folia spożywcza Jan Niezbędny
- świeży tymianek do dekoracji

Składniki na nadzienie:

- 2 łyżki mielonych orzechów (ja robiłam i z laskowymi i z włoskimi)
- skrawki kurczaka
- 1 jajko
- 1/2 małego opakowania śmietanki 30%

Składniki na sos serowy:

- 1/2 małego opakowania śmietanki 30%
- 20 dkg startego sera żółtego np: Serenada (dowolny gatunek)
- 1 łyżeczka białego pieprzu
- pół łyżeczki gałki muszkatołowej 
- szczypta posiekanego świeżego tymianku

Składniki na purée z topinamburu:

- kilka bulw topinamburu
- 2 łyżki masła
- szczypta soli
- 1/2 małego opakowania śmietanki 30%


Przygotowanie:

Purée: Topinambur obieram i gotuję jak ziemniaki aż będzie miękki. Przekładam go do malaksera lub miksera, dodaję masło, szczyptę soli. Łącze składniki. Powoli dolewam śmietankę aż uzyskam gładką konsystencję.

Sos serowy: W garnku podgrzewam śmietankę do wrzenia. Dodaję ser żółty i mieszam aż się rozpuści. Przyprawiam. 

Nadzienie do mięsa: Skrawki mięsa, mielone orzechy miksuje na gładką masę.  Dodaję jajko i śmietanę aż uzyskam konsystencje musu.

Mięso: Piersi z kurczaka oporządzam, odkrawam skrawki mięsa aby pierś była równa. Rozbijam ją na płasko. Na patelni, na maśle przysmażam pokrojony w plasterki czosnek. Dodaję szpinak blanszuje. Na rozłożone piersi nakładam wcześniej przygotowany mus, dodaję szpinak i zawijam w folię spożywczą. Gotuję przez 20 minut. 

Pierś podaję na talerzu z sosem serowym i pure, dekoruje tymiankiem (na zdjęciu jest rukola bo mi się skończył tymianek).

wtorek, 14 stycznia 2014

Najlepsza pizza w Krakowie?

Zakup kamienia do pizzy wywołał nie tylko falę gości w naszym domu, którzy średnio raz w tygodniu wpadają na pizzę robioną przez mojego Małża, ale także dyskusje o tym, gdzie jest najlepsza pizza w Krakowie. Zdeklarowałam się, że poszukam owych miejsc i zbiorę je na blogu. 

Pamiętam swoją pierwszą pizze nie domową. Była to Margarita na bardzo cienkim cieście zjedzona w porcie w miejscowości Cesenatico. Nie wiem czy pamiętam ją dlatego, że była taka dobra czy dlatego, że był to mój pierwszy tak daleki zagraniczny wyjazd (nie licząc Słowacji). 

Przyjęte kryteria to ciasto i sos. Pozostałe składniki są sprawą indywidualną, ja osobiście lubię, kiedy jest ich nie więcej niż trzy ale (zazwyczaj!) faceci lubią kiedy jest dużo wszystkiego. Ciasto ma być cienkie i z bąblami ale nie chrupiące jak na focaccia. Sos z pomidorów bez skórki (czyli pelati) z ziołami. Jeżeli lubicie właśnie taką pizze, to zapraszam do miejsc, które odwiedziłam. Podzielcie się też swoją opinią! 


ps: zawsze zapraszamy do Zielonki Mansion na pizze, Małż robi najlepszą!




Foto: Jagienka & Grześ

Amerykańskie ciasto brzoskwiniowe. Peach Pie.

Śledzę ostatnio namiętnie losy pewnego serialowego miasteczka w Alabamie, gdzie odpowiedzią na wszystkie problemy jest ciasto brzoskwiniowe. Ciasto na przeprosiny, ciasto na pocieszenie, ciasto jak się coś chce od kogoś. Dopóki sama nie zrobiłam tego ciasta nie bardzo rozumiałam tego rytuału ale powiem Wam - działa :) 




Składniki na nadzienie:

- 1 puszka brzoskwiń (lub 5 świeżych) 
- 1 łyżka bułki tartej
- 1 łyżka otrębów
- 1 łyżka cukru
- kilka kropli aromatu waniliowego
- 2 łyżeczki soku z cytryny
- 1/4 kostki masła pokrojonej  w kostkę

Składniki na ciasto:

- 3 szklanki mąki
- 1 łyżeczka soli
- 1 kostka zimnego masła pokrojonego w kostkę
- 1/2 szklanki zimnej wody
- 1/2 szklanki cukru

Składniki na ciasto łączę ze sobą, wyrabiam i odkładam do lodówki na godzinę. Po tym czasie wałkuje go i wykładam nim formę na tartę. Nakłuwam i piekę w 180 stopniach przez 15 minut. Odcedzone brzoskwinie kroje w kostkę, dodaję pozostałe składniki, mieszam. Wykładam na podpieczone spody a na wierzch kładę pokrojone ciasto w wąskie paski. Zapiekam w 180 stopniach około 30 minut. 




niedziela, 12 stycznia 2014

Trattoria Soprano.

To miejsce pamiętam jeszcze ze studiów. Ukrywałyśmy się w nim z moją przyjaciółką Anią żeby zapomnieć o całym świecie i skupić się na sobie. Wtedy nie zwracałyśmy uwagi na wnętrze i jedzenie, będąc zbyt zajęte naszymi sprawami. Trochę nas bolało, że przy romantycznie ukrytych po restauracji stolikach siedzą zakochane pary, a my w czeluściach piwnicy, zazwyczaj nad pizzą lub deserem rozprawiamy o złamanych sercach. Trattoria Soprano na ulicy św. Anny, patronki małżeństw, zawsze kojarzyła mi się ż miejscem dla zakochanych. 

Tym razem było inaczej. To ja zajęłam stolik przy witrynie, w której za każdym razem przechodząc ulicą Anny oglądałam sylwetki szczęśliwych par. Lubię włoskie restauracje o tej porze. Jest w nich ciepło i przytulnie, pachną drewnem z pieca a nic bardziej nie pobudza mojego apetytu niż właśnie taki zapach.

Zamówiliśmy z Małżem moim ukochanym, przystawki, bo to jego podniebienie towarzyszyło mi wiernie w witrynie dla zakochanych. Tatar z łososia (24 zł) delikatne, nieco ekscentrycznie podane bo na plastrach zielonego ogórka i z chipsami ziemniaczanymi ale całość z kremowym serkiem prezentowała się bardzo smacznie i taka też była ta przystawka. Mnie skusiła Bruschetta z szynką parmeńską, gorgonzolą i suszonymi pomidorami (19 zł). Duża, chrupiąca grzanka z klasyką smaku była wyśmienita a z lampką czerwonego wina wręcz idealna na sam początek wieczoru. 

Spodobał mi się też Krem z batatów z chorizo (9 zł) bo był słodkawy ale nie mdły i świetnie pasowało do niego chorizo. Zupa rybna (19 zł) wypełniona kawałkami ryb i owocami morza fajnie rozgrzewała. Drugie dania były spore i chociaż ja zamówiłam kolejną klasykę wieczoru: Ossobuco cielęce z risotto szafranowym (39 zł). Jednak danie to podbiło bardziej serce mojego Małża, który zachwycał się maślanym risotto pytając mnie raz po raz co to za przyprawa, że ono takie dobre i słusznym kawałkiem mięsa w pysznym sosie z obowiązkową zieloną pietruszką. Ja z nieukrywaną przyjemnością wymieniłam się z nim na Jagnięcinę z rozmarynem i kluseczkami (39 zł) podaną w lekkim sosie winnym. Lubię w tym daniu absolutnie wszystko od jagnięciny, przez rozmaryn po kluski zamiast ziemniaków. Delikatne i aromatyczne stworzyło dla mnie zestawu idealny razem ze wspomnianą wcześniej bruschetta i kremem z batatów. 

Czas nam zleciał w Trattoria Soprano miło i niepostrzeżenie. I wicie co się w tym miejscu nie zmieniło? Uczucie, że możesz zapomnieć o całym świecie i skupić się na sobie.