czwartek, 2 stycznia 2014

Niezbędnik podróżujących do Kenii - część pierwsza.

To moja kolejna podróż do Afryki, którą bardzo lubię. Była ona zupełnie inna niż przygoda na Zanzibarze. Kenia jest zupełnie inna, piękna, dzika ale raczej dla kogoś, kto miał możliwość poznania Afryki od jej łagodniejszej strony. Dlatego jeżeli planujecie podróż do tego rejonu to proponuje zacząć właśnie od Zanzibaru. Jeżeli jednak zakupiliście bilet do Kenii, to opowiem Wam co Was czeka, co warto, czego nie należy się bać. O doświadczeniach na żywych organizmach czyli naszych podczas naszej podróży poślubnej.


Nasza podróż zaczęła się na wariackich papierach. Wylot mieliśmy z Warszawy o 5 rano. O 3 nad ranem w Skarżysku kamiennym odpadło nam koło więc na lotnisko dojechaliśmy w ostatniej chwili... na lawecie. Byłam przekonana, że nie zdążymy i swoją podróż poślubną spędzimy co najwyżej w solarium. Uradowani i ostatni odprawieni pognaliśmy do samolotu. Lot do Mombasy trwa 10 godzin i ma międzylądowanie w Egipcie, które trwa około 30 minut. Nie ma możliwości wyjścia z samolotu, nie ma przesiadki i właściwie jeżeli tak, jak ja zapadacie w sen zaraz po wejściu na pokład samolotu, to nawet nie zauważycie, kiedy minie Wam podróż. 

Nasza podróż zaczęła się 9 listopada, kalendarzowo to mała pora deszczowa w Afryce, jednak nie dajcie się zwieść. Deszczu nie uświadczcie, musielibyście mieć wielkiego pecha. Pogoda to 36 stopni w cieniu i ocean ciepły jak zupa. Warto zaplanować podróż w tym czasie bo to przed sezon w hotelach nie ma tylu ludzi a ceny w biurach podróży są dużo niższe niż w późniejszym okresie. Codziennie mój mąż sprawdzał IPhone, który pokazywał lekkie zachmurzenie podczas gdy żar lał się z nieba a słońce dosłownie paliło skórę. Bez filtra minimum 50 UV nawet się nie wybierajcie. Ja po jednym dniu w basenie miałam spaloną skórę, opalenizna nie do odratowania bo pojechaliśmy z 15 UV. Wystarczył jeden dzień, bo w następny zakupiliśmy najdroższy w naszym życiu krem do opalania, żeby moja skóra nabrała rakowego odcienia. Zresztą jeżeli jest się siedem dni to trzeba zapomnieć o idealnej opaleniźnie. Przy czternastu dniach, tak, jak nasze sąsiadki, można zaplanować powolne opalanie każdego boku z odpoczynkiem od słońca co drugi dzień. Zazdrościłam im okrutnie bo skóra schodziła z nas dobry tydzień po powrocie do Polski podczas gdy one łapały "brązowizne" w dniu kiedy My wyjeżdżaliśmy. W naszym niezbędniku opalacza znalazły się balsamy nawilżające i pianka na oparzenia Panthenol. Warto zabrać też coś na głowę głównie podczas kąpieli w basenie i oceanie.  



Same przygotowania do podróży nie są specjalnie wymagające. Szczepienia nie są wymagane tak, jak w przypadku Zanzibaru. Mój mąż zaszczepił się na dur brzuszny i febrę. Obydwoje byliśmy szczepieni na żółtaczkę. Nie zażywaliśmy żadnych środków przeciwko malarii ani nie posiadaliśmy kremów czy sprayów ochronnych na komary. Spaliśmy pod baldachimem i odnotowałam jedno ugryzienie komara na sobie. Niemniej jednak profilaktyka jest Waszą prywatną sprawą. Spotkaliśmy ludzi zaszczepionych i uzbrojonych w tabletki na malarię po zęby. 

Wybierając się do Kenii warto zabrać ze sobą jednodolarówki na napiwki. My część pieniędzy rozmieniliśmy na dolary ale dziś tego żałuję. W hotelach nie ma problemu z płatnością kartą. Bardziej opłaca się wymienić pieniądze na miejscu na szylinga kenijskiego niż przeliczać ile euro czy dolarów zapłacicie za upatrzonego gifta. Zawsze będziecie stratni. Ceny w Kenii, poza tymi hotelowymi, ustalane są "na gębę" i są bardzo często mocno zawyżone. Negocjacje potrafią trwać nawet kilka dni a ceny spaść o 80% swojej pierwotnej wartości. Jeżeli chcecie poćwiczyć umiejętność targowania, to Afryka jest dla Was idealnym miejscem. Dla przykładu powiem Wam, że drewniane sztućce z wyrzeźbionymi żyrafami, które negocjował dla mnie mój Mąż kosztowały 20$. Finalnie zakupił je za 4$ ale okupione to było długotrwałymi negocjacjami u trzech sprzedawców aby ten czwarty, który miał owe sztućce doszedł do wniosku, że jednak lepiej wziąć te 4$ niż abyśmy zakupili coś od jego sąsiada. Musicie przyjąć sprytną taktykę. Nie wolno pokazać, że Wam na czymś zależy, Ja nigdy się nie odzywałam podczas negocjacji, robiłam tylko zawiedzioną minę, mówiłam do mojego męża po polsku "kotek tyle i tyle a jak nie to trudno" i odchodziłam na bok. Mąż tłumaczył sprzedawcy, że jego żona nie jest zadowolona bo cena jest za wysoka. Zazwyczaj skutkowało. Sprzedawcy mówią płynnie przynajmniej trzema językami, więc niech Was nie zwiedzie ich wygląd, czy wygląd ich sklepu. Coraz więcej Kenijczyków zaczyna mówić i rozumieć po polsku, bo widzą w nas potencjalnego klienta. 



Kenia jest dzika. Być może to kwestia skali ale nie zdecydowaliśmy się na samotną eksplorację Mombasy tak, jak w przypadku Stone Town na Zanzibarze. Mieliśmy obawy, bo chociaż Kenijczycy są mili, to bywają również nieprzewidywalni w momentach kiedy się im odmawia. Bywają bardzo natarczywi bo jesteś dla nich chodzącą wypłatą, próbują wcisnąć ci wszystko co mają, chociaż wcale tego nie potrzebujesz i bywają agresywni, kiedy im odmawiasz. Nawet dzieci w wioskach potrafią obrzucić twój samochód kamieniami jeżeli nie przywiozłeś im słodyczy lub nie dasz chociaż dolara. 



Nie oznacza to, że masz siedzieć w hotelu! Trzeba być po prostu ostrożnym. My wybraliśmy się na wycieczkę plażą (około 3 km w jedną stronę) i do najbliższej nam wioski. Po drodze spotkaliśmy Masaja, dzieciaki grające w piłkę nożną, kobiety noszące na głowach zwoje drewna. Innym razem towarzyszyli nam beach boys, z którymi zwyczajnie się za kumplowaliśmy ( o dziwo, nie zrobili na nas żadnego interesu). Warto korzystać z ich pomocy, nawet jeżeli macie dać im jakiś napiwek za ich uprzejmość. Po pierwsze wiedzą z jakiego jesteś hotelu, Wasze polecenie ich innym turystom w hotelu jest dla nich bardzo ważne - to najprostszy marketing szeptany intuicyjnie przez nich wykorzystywany. Będą o Was dbać, nie dadzą dojść do Was innym obwoźnym sprzedawcą jeżeli tego nie chcecie, pokażą Wam każdy zakamarek i opowiedzą o lokalnych gusłach. Nie czarujmy się to transakcja wiązana, niemniej jednak nie bójcie się współpracy z nimi. 



Zanim dacie się skasować za wycieczkę w hotelu lub u swojego przewoźnika, idźcie popytajcie innych czy korzystali z lokalnych ofert, porozmawiajcie z beach boys o ich propozycjach. Upewnijcie się, że w ofercie znajdziecie to samo, co w tej hotelowej i targujcie się bo te same wycieczki w hotelu lub z biura, które lecicie są tańsze nawet o 100%!! I chociaż generalnie oferta wycieczek nie jest specjalnie rozbudowana, to warto wybrać się na wszystkie wodne - na przykład nurkowanie z delfinami - z lokalnymi przewoźnikami. Mają oni dużo więcej do zaoferowania bo wykorzystują również lokalne miejsca do oprowadzania turystów, często nieznane biurom podróży, z których jedziecie. 

Byliśmy w Kenii 7 dni i powiem Wam, że jest to wystarczający czas. Idealnie było by 10 dni jeżeli wybieracie się na safari ale My dwa z siedmiu dni spędziliśmy na Sawannie i był to wystarczający czas. Dlaczego? Bo wszystko jest jeszcze nowe i ładne, bo nie widzisz robaków, których w Kenii jest sporo, nie nuży cię jedzenie i nie męczy prażące słońce. Po pierwszych kilku dniach wiedzieliśmy, że do Kenii jeszcze wróciliśmy, dlatego rozplanowaliśmy kilka atrakcji na kolejny pobyt.  

Reasumując niezbędnik dla podróżujących do Kenii: targujcie się, miejcie filtr minimum 50 UV, balsam nawilżający, szylingi kenijskie, jedźcie na Safarii a wycieczki kupujcie u lokalnych beach boys. 

Koszty: 

  • 7 dniowy pobyt all inc z przelotem od 3400 zł w zależności od okresu i operatora
  • Wiza płatna na lotnisku: 50$ za osobę
  • Pakiet pełnych szczepień: ok 600 zł za osobę
  • Koszt kolacji z owocami morza: 40$ za dwie osoby
  • Filtr UV: 26$
  • Lokalne wycieczki u beach boys: od 20$ za osobę
  • Koszt safari do Tsavo: od 200 euro za osobę u beach boys do 1500 zł za osobę u Waszego operatora. 
  • Pamiątki: od 4$ w górę w zależności od umiejętności targowania



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz