niedziela, 22 czerwca 2014

Apetyt - Magazyn Małopolskich Blogerów Kulinarnych

To już drugi numer, jaki przy ciężkiej pracy wielu osób udało się wydać. Kreatywność, jakość i poświęcenie włożone w każdy kolejny numer magazynu Apetyt, jest naprawdę godne podziwu - dla wszystkich współtworzących. Mam nadzieję, że znajdziecie tam coś dla siebie. W tym numerze ode mnie Krem z batatów i przepis na Ogórki Kiszone mojego Taty. Życzę Wam smacznej lektury! 




Jak zrobić ryż do sushi?

Wreszcie! Udało się nam! Zrobiliśmy domowe sushi. I nie, nie sęk w tym, że nam wcześniej nie wychodziło tylko od pół roku (dosłownie!!) nosiliśmy się z tym zamiarem ale nie mieliśmy czasu. Co się zmieniło? Zorganizowaliśmy się. 

To sushi powstało w 1,30 h. Małż pojechał na zakupy a ja walczyłam z ryżem. Prawie jak wrócił ryż był gotowy i skręciliśmy sobie sushi. Prawda jest też taka, że zmotywował mnie ryż niespodzianka. Jak się okazuje jest bardzo łatwy w przyrządzeniu, co jest istotną informacją ponieważ sushi masterzy uczą się po trzy i więcej lat aby osiągnąć idealne ziarno ryżowe do sushi.  


Nie czarujmy się, nasze domowe sushi nie ma nic wspólnego z tym, które było nam dane jadać, niemniej jednak było niezłe!

O dodatkach takich jak owoce morza, serek Philadelphia czy wasabi nie będę Wam pisać bo to jest podstawa sushi ale też kwestia gustu. Odpowiem Wam na pytanie: jak zrobić ryż do sushi.


Krok 1: Dobrze wypłucz ryż. Wsyp go do miski, zalej wodą i delikatnie mieszaj go palcami. Chodzi o to, żeby woda obmyła każde ziarenko. Jak woda zrobi się koloru mąki, wylej ją, odsączając ryż i zalej czystą. Czynność powtarzaj do momentu aż woda przestanie mieć biały kolor i stanie się niemal przeźroczysta. Aby osiągnąć taki rezultat, ja płukałam ryż cztery razy.

Krok 2: Gotowanie. Ryż zalej zimną wodą (na opakowaniu znajdziesz dokładne proporcje) i gotuj go pod przykryciem przez 10 minut. Nie dłużej bo może przywrzeć od spodu. Zdejmij z kuchenki i odstaw bez odkrywania na 15 minut. Po tym czasie daj mu wystygnąć.

Krok 3: Zaprawa. Można oczywiście przygotować swoją zaprawę ale ja używam Kikkoman. Szczerze mówiąc wszystkich produktów do sushi używam właśnie tej marki. Zaprawa nadaje ryżowi charakterystyczny smak. Ważne, że kiedy już ją dolejecie do ryżu, musicie go "pociąć" drewnianą łyżką. Robicie tak aż nie będzie żadnej większej grudki. 

Teraz możecie zrobić swoje sushi. Ryż powinien dobrze się kleić dlatego miejcie pod ręką miseczkę z zimną wodą, dzięki niej, nie przyklei się Wam do rąk. A jak My pobieraliśmy lekcję robienia sushi obejrzycie klikając tu.





czwartek, 19 czerwca 2014

10. Małopolski Festiwal Smaku w Wadowicach razem z Zakąski Wadowice!











Smalec.

Mogłabym napisać, że do zrobienia smalcu zmusiło mnie życie ale tak naprawdę to 10 Małopolski Festiwal Smaku i Zakąski Wadowice :) Jestem z siebie dumna, wyszedł superowy, zniknął w kwadrans z michy i pomimo tego, że był na kilku stoiskach to ludzie przychodzili do mnie z hasłem: "podobno tu dobry smalec i żurek". Ha ha o żurku nie chce już słyszeć za to przepisem na smalec się dzielę!


Składniki:

- 2 kg słoniny
- 30 dkg pokrojonego boczku
- 1 jabłko
- 3 cebula
- 2 łyżki majeranku
- 1 łyżka soli
- 1 łyżka pieprzu

Przygotowanie:

Robi się właściwie samo. Trzeba pokroić w kostkę wszystkie składniki. W dużym garnku lub patelni usmażyć słoninę aż się całkiem roztopi. Dodać boczek i poczekać aż się upraży. Na końcu dodać po kolei: cebulę, jabłko i przyprawy. Przełożyć do docelowego naczynia (u mnie gliniane) i odstawić do zastygnięcia.


poniedziałek, 16 czerwca 2014

The Chicken Club!

Do tego klubu to ja się akurat zapisuje od razu, bo jak 90% Polaków - uwielbiam kurczaka. A to miejsce "zajmuje się" właśnie nim i robi to bardzo smacznie. Na dodatek samo wnętrze jest charakterne i pomimo "wąskiej kiszki" - przemyślane. 

Menu nie jest może obfite ale zrobione z głową. Najlepiej komponujące się z kurczakiem dodatki w stylu amerykańskim - frytki, grillowana kukurydza i sałatka ziemniaczana do tego genialne sosy własnego wyrobu o kilku stopniach ostrości (przestrzegam przed bardzo ostrym) na bazie papryki i najlepszy sos BBQ jaki ostatnio jadłam. 

Fajnym pomysłem jest możliwość podzielenia kurczaka i zjedzenia 1/4 lub jego 1/2. Tak też zresztą zrobiliśmy i oprócz ukochanych przeze mnie frytek ( 9 zł) i kukurydzy ( 9 zł) zamówiliśmy 1/4 kurczaka (15 zł) i 8 skrzydełek smażonych (24 zł). Kurczak delikatny ale bez chrupiącej skórki. Skrzydełka za to idealnie chrupiące. Czekam na powiększenie menu o piersi z kurczaka bo tych akurat zabrakło a szkoda. 

Sympatyczna Pani Kelnerka namówiła nas na desery: Daktylowy pudding z toffi sosem i lodami waniliowymi ( 12 zł) oraz Czekoladowy mus (12 zł). Z tych dwóch pozycji zdecydowanie polecam tą drugą. Pudding nieco nas zadziwił, spodziewaliśmy się raczej budyniowej konsystencji natomiast dostaliśmy go w formie ciasta. Oczywiście jest to jak najbardziej poprawna również forma podania tego deseru, niemniej jednak jakoś w głowie się utarło, że pudding to potrawa o konsystencji kremowej/budyniowej i szkoda, że nie ma takiej informacji - czy ustnej czy pisemnej. 

Żałuję, że kiedy byłam w The Chicken Club menu lunchowe obowiązywało jedynie w tygodniu bo brzmi smakowicie i zdecydowanie jest bardziej urozmaicone niż to w weekendy. Na pewno się na nie wybiorę i uzupełnię tą recenzję o kilka dodatkowych pozycji. Trzymam kciuki za to nowe miejsce bo idea jest fajna a kurczak wyjątkowo smaczny!

sobota, 14 czerwca 2014

Małopolski Festiwal Smaku z Zakąski Wadowice!

Nie zabraknie tam nas - Zakąski Wadowice i naszego żurku! Mamy nadzieję, że przyjdziecie na degustacje i zagłosujecie właśnie na nas! Do zobaczenia jutro od 11:00!



czwartek, 12 czerwca 2014

7 znienawidzonych tekstów w gastronomii

Od jakiegoś czasu noszę się z artykułem o gastronomii. Ten kawałek chleba jest mi znany nie tylko z roli klienta (recenzenta) w restauracjach ale również wieloletniego doświadczenia jako manager a ostatnio - również jako właściciel - niewielkiego co prawda ale nie mniej absorbującego lokalu gastronomicznego. Zanim jednak owy artykuł powstanie, podzielę się z Wami siedmioma tekstami, które potrafią każdego kelnera doprowadzić do rozpaczy.

1. A mogę prosić o rurkę?

2. 
Gość: Jakie piwa macie lane?
Kelner: Tyskie i Gronie.
Gość: To Żywca poproszę.

3.
Kelner: Piwo z sokiem malinowym czy imbirowym?
Gość: Tak

4. Po zebranym zamówieniu przy kilku osobowym stoliku:

Pani1: To ja jeszcze Pepsi poproszę.
Kelner wraca z Pepsi po chwili.
Pani2: A to ja też.
Kelner wraca z drugą Pepsi po chwili.
Pani3: To właściwie ja też poproszę taką Pepsi.
Kelner wraca z trzecią Pepsi po chwili.
Pani1: A mogę jeszcze poprosić do pepsi lód, cytrynę i rurkę?

5. Może mi Pan przynieść miękkie masło?

6. A wiecie co jeszcze moglibyście tu zrobić?

7. Gdzie jest toaleta?

8. Grupa 10- 15 osobowa, po zebranym zamówieniu, wydanych daniach, dopitych kawach, w momencie zamykania rachunku: Przepraszam, czy mógłby Pan podzielić rachunek dla każdego osobno?




źródło: http://womandot.com/

wtorek, 3 czerwca 2014

Sexy Food! Bon Appetit!

Ulica Dajwór nie kojarzy się jako zagłębie gastronomiczne krakowskiego Kazimierza ale warto tu czasami zaglądnąć. Jest dosłownie parę perełek, które sprawiają, że ta ulica robi się ciekawa - pomimo jej slamsowego wyglądu. I właśnie w tą ulicę wpisało się miejsce proste i przejrzyste. Powalające bielą złamaną szarością i naturą: drewnianymi wykończeniami i ziołami powieszonymi na ścianie. Bon Appetit. 



Dizajn sprawia, że nic cię nie rozprasza, jest bardzo przejrzyście. Taka sama zasada przyjęta jest odnośnie menu, które jest krótkie ale treściwe. Podziwiam Szefów Kuchni, którzy potrafią tak dobrać dania w karcie, że pomimo jej niewielkiej objętości każdy znajdzie coś dla siebie. Ta umiejętność bardzo rzadko jest doceniana. Wyobraźcie sobie, że całe Wasze doświadczenie musicie zmieścić w kilku przystawkach, daniach głównych i paru deserach. Jak się zdecydować? Co wybrać? Co Was definiuje? Zwłaszcza jeżeli o kuchni francuskiej mowa. Kuchni, która jest kolebką wszystkich innych. Przez jednych znienawidzona, dla innych przedmiot kultu. 

W Bon Appetit każde danie jest dopracowane. Nie uszła mojej uwadze kompozycja na talerzu, różne struktury i formy podania tych samych składników. Zabawa formą i smakiem. Architektura kulinarna. Coś, czego brakuje w krakowskiej gastronomii, za co między innymi Amaro dostało gwiazdkę i coś o czym zazwyczaj zapominamy: że jedzenie jest sexy. W tym miejscu nie dyskutuje się już o tym, czy jedzenie jest smaczne czy nie - bo po prostu jest. Tu dyskusja wzbija się na wyżyny merytoryczne o tym, które z podanych dań jest bardziej zaskakujące, piękne, tak inne od 90% lokali w Krakowie. 

A co w karcie można znaleźć? Krem z białych szparagów z oliwą truflową (13 zł).   Gęsty i jedwabisty o pięknym kolorze, niezwykle delikatny. Pamiętam jak podczas ostatniego konkursu BlogerChef robiłam dla Ani krem ze szparagów. Jeden z Szefów Kuchni powiedział mi wtedy, że zbyt odważnie go przyprawiłam. Dziś, po spróbowaniu kremu z oliwą truflową zrozumiałam, jak prostym i wykwintnym warzywem jest szparag, a dodatki do niego powinny jedynie złamać mdły smak kremu a nie dominować nadając mu charakteru. 

Czym zaskoczył mnie Parfait z foie gras, gruszkowe chutney, domowy brioche (25 zł)? Tym, że faktycznie był "parfait" a gruszkowe chutney doskonale przełamywało gorzkawy posmak wątróbek. Widzicie w kuchni francuskiej zadziwiające jest to, że z pasztetu z wątróbek, marmolady z gruszek i kawałka chleba można właśnie zrobić: Parfait z foie gras, gruszkowe chutney, domowy brioche. Uwielbiam tą magię! Warto też czasem sięgnąć po brioche, mimo, że czasochłonne i pracochłonne, to warte umorusania kuchni. 

Małż w karcie znalazł dla siebie tatara wołowego. Świeże mięso o ładnym kolorze, wyjątkowo niezdominowane przez kiszone ogórki i musztardę. I podane zmieszane czyli tak, jak na całym świcie z wyjątkiem Polski się to powinno robić.

Zakochaliśmy się w żabich udkach z pietruszkową komosą i drobiowym sosem (23 zł)! Talerz wyglądał jak bajka, wszystko ze sobą współgrało: bardzo delikatne żabie udka pod chmurką z piany, z chropowatą komosą i gładkim sosem drobiowym. Ciesze się, że właśnie takie miejsca jak Bon Appetit przyczyniają się do poszerzenie kulinarnych horyzontów mojego męża. Dla niego żabie udka były dotąd nieznany produktem, ja miałam je okazję już jeść ale nie w tak wyrafinowanej formie. Odświeżyłam swój smak a Małż dodał je do listy swoich ulubionych dań, zaraz po ślimakach i małżach. 

W daniach głównych zatraciliśmy się bez pamięci. Duszony policzek wołowy, z tymiankowym puree z ziemniaków, szpinakiem i ziołową sałatą (37 zł) nie był może dla nas zaskoczeniem ale oprócz Yellow Dog, gdzie mieliśmy swój debiut z tym daniem oraz Zakładki, w której również jest podawany i warty wspomnienia, nie spotkaliśmy się z nim w menu. A szkoda, bo mięso dosłownie rozpływa się z ustach. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jest u nas mięsem nie znanym kiedy to produkt wręcz genialny. A gdy pojawia się w więcej niż trzech restauracjach podniesiony jest raban o powtarzalności dania. Na litość Boską w takiej postaci, tak przygotowany i podany niech się powtarza w każdej knajpie. Może wtedy przestaniemy jeść tylko kurczaki i schabowe! 

Prawdziwa awantura przy stole wytworzyła się przy moim króliku. Królik w dwóch odsłonach, marchewkowe puree i zapiekanka boulangere (44 zł). Małż nie dość, że zachwycony swoim policzkiem to jak sroka wypatrzył to cudownie skomponowane danie i zabrać mi je chciał w całości! O matko jakie to było pyszne! Puree z marchewki, słodkie, kremowe. Marchewka chrupiąca, karmelizowana. Opalona cebula i on - królik. Królik w panierce, chropowaty, nadziany królikiem. I królik w medalionie, soczysty, subtelny. Tak sexy podane, że zapominasz o grze wstępnej chcąc jak najszybciej zanurzyć widelec w tym daniu. 

Powiem Wam szczerze, że bardzo polubiłam kuchnie francuską, chociaż potrafi skomplikować najprostsze dania. W restauracji francuskiej zawsze zostawiam miejsce na desery. I wiem, że Szef Kuchni może być załamany, że za każdym razem wybieram najprostszy deser na świecie: creme brule (13 zł) ale właśnie po tym deserze można poznać fach kucharza. A fach w Bon Appetit jest bez dwóch zdań. I smakowały mi bardzo pączki z roquefotrem, białą czekoladą i jabłkiem (18 zł) i obiecuje, że wrócę na tartę truskawkową z octem balsamicznym i bazylią i na czekoladowe cygaro! 

Dla mnie ten lokal jest miejscem, w którym kuchnia francuska staje się bardziej "ludzka". Gdzie mimo wyrafinowanej formy podania, dań, składników, potrafisz tą kuchnie zrozumieć i polubić. Miejsce, do którego wybiorę się i na randkę z mężem i na lunch z przyjaciółką. Zabiorę rodziców na ich rocznicę i polecę kumplowi na biznesowe spotkanie. Bon Appetit jest miejscem o wielu twarzach, bez przerostu formy nad treścią więc i Wy wybierając się do niego, bądźcie po prostu sobą. 




poniedziałek, 2 czerwca 2014

Krem z batatów

Jedna z pyszniejszych zup jakie jadłam w swoim życiu. Pamiętacie jak wspominałam, że Kenia to kraj pachnący batatami i że tubylcy to mistrzowie dań jednogarnkowych? Prosta receptura, proste wykonanie a poprzez wykończenie można nadać tej zupie wykwintnego smaku. To jeden z tych przepisów, w których każdy odnajdzie coś dla siebie, wykończy go na swój sposób i przekaże swoje upodobania kulinarne. 


fot. Tomasz Morawiec-Lanckoroński


Składnik:

- 5 batatów
- 2 marchewki
- 2 ząbki czosnku
- 1 cebula
- 3 łyżki oliwy
- 1 l bulionu warzywnego
- 1 łyżka soku z limonki
- 1 płaska łyżeczka gałki muszkatołowej
- 1 płaska łyżeczka chili w proszku
- sól i świeżo mielony, kolorowy pieprz do smaku

Bataty obieramy i kroimy w kostkę. W dużym garnku rozgrzewamy oliwę wrzucamy pokrojoną cebulę. Kiedy się zeszkli, dodajemy pokrojony w plasterki czosnek oraz marchewkę. Podduszamy. Dodajemy pokrojone bataty, zalewamy wszystko bulionem, przykrywamy i gotujemy do miękkości. Następnie zupę miksujemy do uzyskania konsystencji gładkiego kremu. Doprawiamy gałką muszkatołową, chili, solą, pieprzem i sokiem z limonki. Każdej porcji zupy można dodać indywidualny charakter poprzez dekoracje prażonymi płatkami migdałów, pokruszonym kozim serem lub kilkoma kroplami smakowej oliwy.

niedziela, 1 czerwca 2014

Najlepsza pizza w Krakowie: Papryczki 5!

O Papryczki 5 pisałam Wam zeszłej jesieni. Znaleźliśmy tam najlepszą zupę rybną, której póki co, nie przebiło żadne inne miejsce, w którym mieliśmy okazję jeść. I chociaż tym razem wstąpiliśmy tam w ramach poszukiwania najlepszej pizzy w Krakowie, to nie omieszkaliśmy skusić się na ten specjał. Nic się nie zmieniło. Nadal jest delikatna, esencjonalna i z dużą ilością owoców morza. To cieszy, kiedy wracasz do danego miejsca niespodziewanie i okazuje się, że jedzenie jest tak samo dobre jak wtedy, kiedy pisałam dla Was recenzję. 

Sama nie wiem czy to pech czy szczęście, że do Papryczki 5 przychodzimy zawsze kiedy jest brzydka pogoda. Ostatnio była to jesień, teraz pomimo końcówki maja pogoda nas nie rozpieszczała przez kilka ostatnich dni. I znów z przyjemnością siedzi się w tej restauracji, pełnej słońca, błękitnego nieba, ciepła i nieziemskich zapachów. 

Właściwie nie spodziewałam się niczego innego, jak tego, że pizza będzie dobra. Ciasto jest niezwykle delikatne, cienkie, wypalane w piecu opalanym drewnem i naprawdę smaczne. Świadczyć o tym może chociaż by fakt, że mój ukochany Małż zazwyczaj zostawia ranty a tu zjadł je niemal wszystkie - dla mnie to znak, że danie, a w tym wypadku pizza, jest dobra. Bo on chociaż zje wszystko (prawie) co mu się poda, to jednak jest trudniejszym klientem a co za tym idzie również krytykiem kulinarnym, niż na przykład ja. Jego skala oceny zamyka się w "pyszne" lub "nie będę tego jadł". Pizza firmowana nazwą Papryczki 5 z chorizo, grillowaną papryką, boczkiem, mozzarellą i ricotta (25 zł) zniknęła raz dwa. Wybór Małża okazał się trafny i jego zadowolona mina i brak rantów świadczył o tym, że uznaje to miejsce jako jedno z ulubionych jeżeli o pizze (i zupę Marsylską) chodzi. 

Ja natomiast zdecydowałam się na małe szaleństwo i zaufałam kelnerowi, który polecił mi pizze sezonową: ze szparagami, białą mozzarellą i szynką parmeńską, posypaną migdałami (25 zł). I chociaż wszystkie składniki uwielbiam w innym zestawieniu kulinarnym, tak przed pizza miałam małe opory. Akurat ja też przepadam za pizzą klasyczną, najlepiej ostrą, z małą ilością składników, polaną dużą ilością oliwy z oliwek. Dlatego lubię miejsca, które zmuszają mnie do eksperymentów i całe szczęście, że w Papryczki 5 pod tymi eksperymentami podpisuje się nie tylko Szef Kuchni ale też fantastyczna obsługa, która potrafi zachęcić do ich wypróbowania. 

fot. Papryczki 5

Na pizze ze szparagami musicie się koniecznie udać póki jest na nie sezon. Niezwykle delikatna ale wyrazista. Wszystko się na niej zgadza. Szynka dodaje mocnego akcentu, mozzarella sprawia, że jest kremowa a chrupiące szparagi przełamują jej delikatny smak. Przy okazji możecie spróbować nowych, orzeźwiających biały win, które świetnie korespondują z tą pizzą oraz na pewno rozkochacie podniebienie w domowego wyrobu nalewce porzeczkowej podanej w chrupiącym wafelku. Z Papryczki 5 wyszliśmy jak ostatnio - z dobrym nastrojem i najedzonymi brzuchami.