wtorek, 3 czerwca 2014

Sexy Food! Bon Appetit!

Ulica Dajwór nie kojarzy się jako zagłębie gastronomiczne krakowskiego Kazimierza ale warto tu czasami zaglądnąć. Jest dosłownie parę perełek, które sprawiają, że ta ulica robi się ciekawa - pomimo jej slamsowego wyglądu. I właśnie w tą ulicę wpisało się miejsce proste i przejrzyste. Powalające bielą złamaną szarością i naturą: drewnianymi wykończeniami i ziołami powieszonymi na ścianie. Bon Appetit. 



Dizajn sprawia, że nic cię nie rozprasza, jest bardzo przejrzyście. Taka sama zasada przyjęta jest odnośnie menu, które jest krótkie ale treściwe. Podziwiam Szefów Kuchni, którzy potrafią tak dobrać dania w karcie, że pomimo jej niewielkiej objętości każdy znajdzie coś dla siebie. Ta umiejętność bardzo rzadko jest doceniana. Wyobraźcie sobie, że całe Wasze doświadczenie musicie zmieścić w kilku przystawkach, daniach głównych i paru deserach. Jak się zdecydować? Co wybrać? Co Was definiuje? Zwłaszcza jeżeli o kuchni francuskiej mowa. Kuchni, która jest kolebką wszystkich innych. Przez jednych znienawidzona, dla innych przedmiot kultu. 

W Bon Appetit każde danie jest dopracowane. Nie uszła mojej uwadze kompozycja na talerzu, różne struktury i formy podania tych samych składników. Zabawa formą i smakiem. Architektura kulinarna. Coś, czego brakuje w krakowskiej gastronomii, za co między innymi Amaro dostało gwiazdkę i coś o czym zazwyczaj zapominamy: że jedzenie jest sexy. W tym miejscu nie dyskutuje się już o tym, czy jedzenie jest smaczne czy nie - bo po prostu jest. Tu dyskusja wzbija się na wyżyny merytoryczne o tym, które z podanych dań jest bardziej zaskakujące, piękne, tak inne od 90% lokali w Krakowie. 

A co w karcie można znaleźć? Krem z białych szparagów z oliwą truflową (13 zł).   Gęsty i jedwabisty o pięknym kolorze, niezwykle delikatny. Pamiętam jak podczas ostatniego konkursu BlogerChef robiłam dla Ani krem ze szparagów. Jeden z Szefów Kuchni powiedział mi wtedy, że zbyt odważnie go przyprawiłam. Dziś, po spróbowaniu kremu z oliwą truflową zrozumiałam, jak prostym i wykwintnym warzywem jest szparag, a dodatki do niego powinny jedynie złamać mdły smak kremu a nie dominować nadając mu charakteru. 

Czym zaskoczył mnie Parfait z foie gras, gruszkowe chutney, domowy brioche (25 zł)? Tym, że faktycznie był "parfait" a gruszkowe chutney doskonale przełamywało gorzkawy posmak wątróbek. Widzicie w kuchni francuskiej zadziwiające jest to, że z pasztetu z wątróbek, marmolady z gruszek i kawałka chleba można właśnie zrobić: Parfait z foie gras, gruszkowe chutney, domowy brioche. Uwielbiam tą magię! Warto też czasem sięgnąć po brioche, mimo, że czasochłonne i pracochłonne, to warte umorusania kuchni. 

Małż w karcie znalazł dla siebie tatara wołowego. Świeże mięso o ładnym kolorze, wyjątkowo niezdominowane przez kiszone ogórki i musztardę. I podane zmieszane czyli tak, jak na całym świcie z wyjątkiem Polski się to powinno robić.

Zakochaliśmy się w żabich udkach z pietruszkową komosą i drobiowym sosem (23 zł)! Talerz wyglądał jak bajka, wszystko ze sobą współgrało: bardzo delikatne żabie udka pod chmurką z piany, z chropowatą komosą i gładkim sosem drobiowym. Ciesze się, że właśnie takie miejsca jak Bon Appetit przyczyniają się do poszerzenie kulinarnych horyzontów mojego męża. Dla niego żabie udka były dotąd nieznany produktem, ja miałam je okazję już jeść ale nie w tak wyrafinowanej formie. Odświeżyłam swój smak a Małż dodał je do listy swoich ulubionych dań, zaraz po ślimakach i małżach. 

W daniach głównych zatraciliśmy się bez pamięci. Duszony policzek wołowy, z tymiankowym puree z ziemniaków, szpinakiem i ziołową sałatą (37 zł) nie był może dla nas zaskoczeniem ale oprócz Yellow Dog, gdzie mieliśmy swój debiut z tym daniem oraz Zakładki, w której również jest podawany i warty wspomnienia, nie spotkaliśmy się z nim w menu. A szkoda, bo mięso dosłownie rozpływa się z ustach. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jest u nas mięsem nie znanym kiedy to produkt wręcz genialny. A gdy pojawia się w więcej niż trzech restauracjach podniesiony jest raban o powtarzalności dania. Na litość Boską w takiej postaci, tak przygotowany i podany niech się powtarza w każdej knajpie. Może wtedy przestaniemy jeść tylko kurczaki i schabowe! 

Prawdziwa awantura przy stole wytworzyła się przy moim króliku. Królik w dwóch odsłonach, marchewkowe puree i zapiekanka boulangere (44 zł). Małż nie dość, że zachwycony swoim policzkiem to jak sroka wypatrzył to cudownie skomponowane danie i zabrać mi je chciał w całości! O matko jakie to było pyszne! Puree z marchewki, słodkie, kremowe. Marchewka chrupiąca, karmelizowana. Opalona cebula i on - królik. Królik w panierce, chropowaty, nadziany królikiem. I królik w medalionie, soczysty, subtelny. Tak sexy podane, że zapominasz o grze wstępnej chcąc jak najszybciej zanurzyć widelec w tym daniu. 

Powiem Wam szczerze, że bardzo polubiłam kuchnie francuską, chociaż potrafi skomplikować najprostsze dania. W restauracji francuskiej zawsze zostawiam miejsce na desery. I wiem, że Szef Kuchni może być załamany, że za każdym razem wybieram najprostszy deser na świecie: creme brule (13 zł) ale właśnie po tym deserze można poznać fach kucharza. A fach w Bon Appetit jest bez dwóch zdań. I smakowały mi bardzo pączki z roquefotrem, białą czekoladą i jabłkiem (18 zł) i obiecuje, że wrócę na tartę truskawkową z octem balsamicznym i bazylią i na czekoladowe cygaro! 

Dla mnie ten lokal jest miejscem, w którym kuchnia francuska staje się bardziej "ludzka". Gdzie mimo wyrafinowanej formy podania, dań, składników, potrafisz tą kuchnie zrozumieć i polubić. Miejsce, do którego wybiorę się i na randkę z mężem i na lunch z przyjaciółką. Zabiorę rodziców na ich rocznicę i polecę kumplowi na biznesowe spotkanie. Bon Appetit jest miejscem o wielu twarzach, bez przerostu formy nad treścią więc i Wy wybierając się do niego, bądźcie po prostu sobą. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz