poniedziałek, 16 czerwca 2014

The Chicken Club!

Do tego klubu to ja się akurat zapisuje od razu, bo jak 90% Polaków - uwielbiam kurczaka. A to miejsce "zajmuje się" właśnie nim i robi to bardzo smacznie. Na dodatek samo wnętrze jest charakterne i pomimo "wąskiej kiszki" - przemyślane. 

Menu nie jest może obfite ale zrobione z głową. Najlepiej komponujące się z kurczakiem dodatki w stylu amerykańskim - frytki, grillowana kukurydza i sałatka ziemniaczana do tego genialne sosy własnego wyrobu o kilku stopniach ostrości (przestrzegam przed bardzo ostrym) na bazie papryki i najlepszy sos BBQ jaki ostatnio jadłam. 

Fajnym pomysłem jest możliwość podzielenia kurczaka i zjedzenia 1/4 lub jego 1/2. Tak też zresztą zrobiliśmy i oprócz ukochanych przeze mnie frytek ( 9 zł) i kukurydzy ( 9 zł) zamówiliśmy 1/4 kurczaka (15 zł) i 8 skrzydełek smażonych (24 zł). Kurczak delikatny ale bez chrupiącej skórki. Skrzydełka za to idealnie chrupiące. Czekam na powiększenie menu o piersi z kurczaka bo tych akurat zabrakło a szkoda. 

Sympatyczna Pani Kelnerka namówiła nas na desery: Daktylowy pudding z toffi sosem i lodami waniliowymi ( 12 zł) oraz Czekoladowy mus (12 zł). Z tych dwóch pozycji zdecydowanie polecam tą drugą. Pudding nieco nas zadziwił, spodziewaliśmy się raczej budyniowej konsystencji natomiast dostaliśmy go w formie ciasta. Oczywiście jest to jak najbardziej poprawna również forma podania tego deseru, niemniej jednak jakoś w głowie się utarło, że pudding to potrawa o konsystencji kremowej/budyniowej i szkoda, że nie ma takiej informacji - czy ustnej czy pisemnej. 

Żałuję, że kiedy byłam w The Chicken Club menu lunchowe obowiązywało jedynie w tygodniu bo brzmi smakowicie i zdecydowanie jest bardziej urozmaicone niż to w weekendy. Na pewno się na nie wybiorę i uzupełnię tą recenzję o kilka dodatkowych pozycji. Trzymam kciuki za to nowe miejsce bo idea jest fajna a kurczak wyjątkowo smaczny!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz