wtorek, 12 sierpnia 2014

Sens życia. Zlata Ulicka.

To była prawdziwa, leniwa niedziela. Żar lał się z nieba, nie drgnęło nawet pojedyncze źdźbło trawy a nad asfaltem unosiła się chmura gorąca. Uwierzcie, nic się człowiekowi nie chciało, nawet jeść - chociaż rozsądek podpowiadał, że trzeba.

W takim nastroju, razem z Osobą Towarzyszącą - jakby napisał Pan Nowicki, wybrałam się do całkiem nowego miejsca, na kulinarnej mapie Krakowa. Miejsce miesięcy ma może dwa albo trzy, mówi o sobie kuchnia czeska i znajduje się przy "Kładce Bernatce" - po tej "właściwej" stronie Kazimierza - jakby powiedzieli rodowici Krakowanie. 

Miejsce o nazwie Zlata Ulicka, ładne, nowoczesne, designerskie - zupełnie nie przypomina swojego poprzednika, do którego przekonana nie byłam - mimo zacnej inicjatywy. Obie osoby, to znaczy ja i Osoba, stwierdziliśmy, że fajnie ale nie wiadomo czego się tu spodziewać. Bo widok z okna podobny do Praskiego ale wnętrze takie "na szybko", jak człowiek głodny. Z drugiej strony posiedziało by się jakoś tak dłużej ale na randkę jakoś takie nieswoje. Niemniej jednak kiedy się usiądzie i zrelaksuje, przenosi się do Pragi, o takiej jak tu, na zdjęciach. Łudząco podobny krajobraz za oknem współgra z menu.

A w nim samo zaskoczenie! Kozi ser owinięty szynką dojrzewającą z dodatkiem karmelizowanej czerwonej cebuli, podany na roszponce z malinowym vinaigrette (22 zł) i Owoce zapieczone pod maślaną kruszonką podane z gałką lodów waniliowych (14 zł), stały się sensem naszego życia. Absolutnie przepyszne połączenia, proste ale skomponowane tak, że człowiek duma nad tym, jak dwa dania mogą przesądzić o być albo nie być restauracji. 

Taki też był temat przewodni spotkania i jak błyskotliwie Osoba stwierdziła - Utopence - pikantne czeskie kiełbaski marynowane, podane z pieczywem (16 zł), zupełnie nie wyglądają ale smakują wybornie. Totalne zdziwienie - zimne kiełbaski pływające w zalewie, podane z ciepłym pieczywem. W słoiku. Dziwne. Może i nawet bez sensu ale czy to ma znaczenie? Dalej było tylko lepiej. Sałatka z łososia wędzonego z pomarańczą i fenkułem na bukiecie sałat z radicchio z vinaigrette brzoskwiniowo-musztardowym (25 zł) była lekka, orzeźwiająca i do wybornej lemoniady pasowała idealnie. I chociaż upał doskwierał Plzensky gulasz wołowy podany z domowymi karlowarskimi knedlikami (28 zł), smakował Osobie wybornie i ja też kilka łyżek zamoczyłam - przyznam - chociaż Comber z królika marynowany w winie, w sosie śmietanowym z knedlikami szpinakowymi (32 zł) jest zdecydowanie bliższy mojemu sercu. A te knedliki - wyborne - zupełnie inne wyobrażenie o nich miałam i cieszę się, że właśnie pozytywnie mnie rozczarowały. Uwierzcie, brzuchy pełne, dania nie małe, właściwie ciut za dużo a przecież zupy odpuściłam, co rzadko mi się zdarza, a tu sens życia w postaci deseru kelnerka miła przynosi. No nie dało się nie zjeść. Z początku trochę nieśmiało, jedna łyżeczka, nie nie, nie zjem, nie zmieszczę - skończyło się walką o maślaną kruszonkę i maliny. 

Miejsce warte Waszego wyboru. Obserwuje go przez ostatni czas i widzę zmiany i cieszę się niezmiernie, że chociaż trochę po omacku, to działa i słucha klientów. Pomysł kuchni bardzo fajny, czekam z utęsknieniem na więcej czeskich piw w karcie i nawet na randkę się wybiorę, bo przecież "kładka" i magiczny Kazimierz w okolicy, tylko proszę, sens życia zostawcie! 


3 komentarze:

  1. Po waszej recenzji wydaje mi się, że odwiedzenie Zlatej to mój nowy obowiązek...

    OdpowiedzUsuń
  2. Super restauracja do której zawsze chce się wracać! Ostatnio jadłem stek z antrykotu. Nieeeebo w gębie ;))

    OdpowiedzUsuń