poniedziałek, 29 września 2014

Gospodarstwo Podskalany

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, że kiedy dzieją się w naszym życiu zmiany, zwłaszcza takie, które na pierwszy rzut oka wydają się przytłaczać swoim ogromem, sięgacie po rzeczy dawno zapomniane, zatracone? Takie, które kiedyś sprawiały Wam przyjemność ale w natłoku życia i spraw z nim związanych odkładaliście na potem aby całkiem - w końcu - z nich zrezygnować.

Dla mnie taką rzeczą jest jazda konna. Odkąd pamiętam, chciałam jeździć konno. Kiedy byłam mała, prosiłam rodziców żeby kupili mi konia, chciałam go nawet trzymać w windzie (mieszkałam na dziesiątym piętrze), nie mówiąc o tym, że dosiadałam każdego zauważonego konia w polu będąc na wakacjach u Babci. 

Był czas, kiedy wreszcie zdecydowałam się na profesjonalną jazdę w stadninie. I znów kilka czynników zewnętrznych - w tym przeprowadzka do Warszawy - zadecydowały o tym, że odłożyłam tą przyjemność na półkę. Przez ponad trzy lata moje marzenie o jeździe porosło grubym kurzem aż do czasu kiedy kilka tygodni temu, pewne wydarzenie zaprowadziło mnie do stadniny. Ze stadninami bywa tak, że albo od razu trafisz na fajnych ludzi, z pasją do przekazywania swoich umiejętności takim naturszczykom jak ja - albo po kilku jazdach zniechęcisz się bo nie masz wystarczającego wsparcia. Nie powiem, było tak i ze mną, moje wcześniejsze doświadczenia ze stadninami nie należały do najlepszych. Poczucie elitarności wykluczały się z moimi niskimi umiejętnościami a to, nie sprzyjało kontynuowaniu lekcji. 

Aż trafiłam do stajni Gospodarstwa Podskalany, na jazdę z Bartkiem, która na dodatek została okraszona fantastycznym jedzeniem. Co może być lepszym połączeniem niż pasja do jeździectwa i pasja do jedzenia. 

Bistro Podskalany - umówmy się, na tą "roboczą" nazwę - to budka, w której spotkacie Kasię, Adriana i Bartka. Zjecie u nich świeże pstrągi prosto z Doliny Kluczwody, bezglutenowe pieczywo wypiekane na zamówienie, zupy gotowane z sezonowych produktów, Tartę czekoladową z legendarnego przepisu z "Wierzynka" i wiele innych, powstających w ferworze, kuchennych inspiracji. Tam wszystko jest prawdziwe, czas płynie leniwie, na ławce wygrzewa się kot a pod nogami plącze się pies, którego życiową misją jest zaganianie koni.  

Przyznam się Wam, że uzależniłam się nie tyle od jazdy konnej (chociaż Ja i Czakram znaleźliśmy niewątpliwie nić porozumienia a Bartek z niezwykłą cierpliwością powtarza mi "patrz przed siebie a nie na konia" i znosi moje skręty w lewo zamiast w prawo), jazdy która rozładowuje moje napięcia i stres ale od tych fantastycznych ludzi, pięknego otoczenia, które koi zagonione myśli. Tam czas na chwile spowalnia. Znajomi dziwią się, że znikam wieczorami na kilka godzin do Gospodarstwa Podskalany ale każdy, kto chociaż na chwile tam przyjedzie - niezależnie od tego czy pała miłością do jazdy konnej, czy po prostu do dobrego jedzenia - od razu zakocha się w tym miejscu. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz