czwartek, 31 grudnia 2015

10 Bestów 2015 roku

Ogólnie umówmy się nie był to dobry rok. Nie czarujmy się, większość z nadzieją patrzy w nadchodzący 2016. I ja też. Było jednak kilka takich "rodzynków", które zdecydowanie warto zabrać ze sobą do 2016. I jeżeli jeszcze Was tam nie było - to polecam jako plan na nadchodzący rok! 


Gospodarstwo Podskalany - Najwyższy czas aby wyjść z domu. Jeżeli nie macie pomysłu gdzie się wybrać poza Kraków, czy z dziećmi czy samemu, to zapraszam właśnie tam. Oprócz jazdy konnej, które to miejsce oferuje, można wylegiwać się na zielonych łąkach, korzystać z placu zabaw, zjeść pyszne i świeże jedzenie albo pochodzić po pobliskim lesie i skałkach. Atmosfera niezobowiązująca, częste atrakcje nie tylko dla lubiących konie (jak na przykład ogniska, nocowanie pod gwiazdami, potańcówki w kowbojskim wydaniu) - warto sprawdzać FB i więcej czasu w 2016 spędzić na łonie natury.


En Plato Pizza & Pasta -  pozostając nadal po właściwej stornie Krakowa :> z przyjemnością przyglądam się temu małemu lokalowi. O jego historii poczytacie w mojej recenzji, niemniej jednak, jest to jedna słuszna WŁOSKA pizza jaką należy spożywać w 2016 roku. Lokal prowadzony z konsekwencją, małymi kroczkami zdobywa serca wyselekcjonowanej grupy odbiorców. Najwyższy czas żebyś też do nich dołączył.

Pstrąg Ojcowski - Perełki tej części Krakowa napawają mnie dumą. Tak, jak i to miejsce położone w malowniczej dolinie Ojcowa. Jeju jak sobie przypomnę jaki ten pstrąg wędzony jest dobry, to ślinka cieknie mi na nowo. Pozycja obowiązkowa! Absolutnie każdy powinien zjeść rybkę właśnie w tym miejscu i zrozumieć co to znaczy smaczny pstrąg! 

Alpino - zanim pojedziemy gdzieś dalej, nie zapomnijcie wstąpić do francuskiej restauracji Alpino na Królowej Jadwigi. Zdecydowanie mój faworyt z 2015 roku, który zabiorę ze sobą w przyszłość. Kto nie był niech żałuje, byle szybko to nadrobił.


Bieszczady - Zachwyciły mnie swoim majestatem, piwem i serami od Nikosia. To jest pozycja obowiązkowa, już samo miejsce jest niesamowite a sery muszą pochodzić od samego Diabła, bo takiego smaku człowiek wyprodukować nie może. Co się tyczy piw - macie to szczęście, że filia jest w Krakowie, nie trzeba jechać 4 godzin aby napić się tego wyjątkowego napoju Bogów. Jednak zachęcam Was nawet na jednodniowy wypad, nie od parady mówi się, że w Bieszczadach można spotkać i samych świętych, i kuszące zło.

Deska - Deska w kuchni to podstawa. Kto z Was jeszcze nie postawił na rękodzieło, w 2016 ma szanse się poprawić. Nie ma nic piękniejszego niż dedykowana deska kuchenna, stanowiąca nie tylko przedmiot codziennego użytku ale przede wszystkim formę podania smacznego posiłku. Nie wiecie gdzie szukać? Odezwijcie się, znam kilku magików ;)


Hotel Masuria - Miejsce, które bez dwóch zdań trzeba odwiedzić! Pełen relaks niezależnie od pory roku. Jeżeli lubicie hotele i zastanawiacie się jaki kurs obrać na następny chill out, to nie możecie przegapić Hotelu Masuria. Ahoj! 

Stary Tartak - Nie pamiętam kiedy miałam taką przyjemność poznając lokalną kuchnię. Kwintesencja mazurskiej kuchni w nowoczesnej odsłonie. 


Więcej wsi - Gdyby tak statystycznie podliczyć to w 2015 roku więcej czasu spędziłam na wsi i na łonie natury. I muszę Wam powiedzieć, że to był najlepiej spędzony czas w tym roku. Nie mówię już o zaletach przebywania na świeżym powietrzu, zapachach lasu czy wspaniałych widokach jakie nasza Polska wieś skrywa. Smak wsi, kultura, historia to coś, co budzi zadumę nad przemijającym, pustym życiem. Zatrzymajcie się na chwilę, chociaż te parę dni w roku. 

Pasztet - Potrawa, którą doprowadziłam w tym roku do perfekcji. Na moim blogu znajdziecie różne wariacje na jego punkcie ale zdecydowanym faworytem okazał się wigilijny pasztet z królika, z czosnkiem niedźwiedzim, jałowcem, tymiankiem, whisky i czarnuszką. Spróbujcie wybrać jedną potrawę i doprowadzić ją do perfekcji i totalnego absurdu. Świetna zabawa! 

środa, 30 grudnia 2015

Ganesh Warszawa Ursynów.

To jest dość ciekawa historia z serii "jak to można zjeść dobre jedzenie w centrum handlowym??". I na dodatek nie w środku miasta a na jednej z dzielnic będącej dla Krakusa "końcem świata". A widzicie. Można. Ciekawe jest to, że Ganesh Ursynów odwiedziłam dawno temu, zanim jeszcze powstał ten blog. Tak, tak były kiedyś takie czasy, że A BITE TO EAT nie istniało... przynajmniej nie elektronicznie :)

Otóż moi Drodzy, Ganesh Ursynów nie mieści się wcale na końcu świata a tylko kilka przystanków metrem od tak zwanego "centrum" i zdecydowanie warte jest przejażdżki, bo indyjskie jedzenie mają opanowane do perfekcji. Właściwie to będzie to nieco inna recenzja niż te znane Wam dotychczas. Zamiast pisać Wam co jadłam jak to zwykle bywa, opowiem Wam, dlaczego warto zaglądnąć do Ganesh. 


Ganseh jest sieciówką. Tak. I tym bardziej wartym docenienia jest fakt, że jedzenie w tym miejscu przechodzi ludzkie pojęcie. Sposób prowadzenia dostosowany jest do każdego z miast. Ci, którzy odwiedzili Ganesh w Krakowie (klikając TU można poczytać o tym miejscu) zdziwią się totalnie odwiedzając Ganesh w Warszawie. Wystrój, przeznaczenie, obsługa - wszystko jest zdecydowanie różne. 

Niezmienne pozostaje tylko jedzenie. Jest go dużo, jest dobrze przyprawione, chlebki naan to poezja, to mieszanka smaków i nastrojów. Chicken lolly Pop ( 22 zł) czy moje ulubione pierożki Samosa (12 zł) to kwintesencja tej kuchni. Jeżeli nie lubicie panierki, smażenia, nadzienia, sosów to nie macie tu czego szukać. Jeżeli za to uwielbiacie baraninę, mistrzowsko podane ryże, tonące w sosach kurczaki, nieformalną atmosferę i brudzenie palców - Ganesh Ursynów jest Waszym miejscem.


Pamięć płata figle. Nie pamiętam Kto mnie zabrał do Ganesh Ursynów (szukam winowajcy ;> ) za to pamiętałam smak jedzenia, które dziś robi dokładnie takie wrażenie jak wtedy. Ktoś by mógł powiedzieć: "ee sieciówka", byle szybko, byle jak, byle podać. Nie. Nie w Ganesh. Dla mnie Kraków jest kwintesencją pięciogwiazdkowych Indii a Warszawa ulicznej swobody. Można tu usiąść z piwkiem w ręce, wsadzić palce w talerz i najeść się tak, że trzeba się wytoczyć z restauracji. I właśnie dlatego, warto odwiedzać Ganesh, kiedy się ma ochotę na Indie! 

Zjedz Francję w Warszawie. Saint Jacques.

Lubię Warszawę. Podkreślam to od dawna. Mam sentyment do tego miasta bo nauczyło mnie odkrywać kulinarny świat nie mieszczący się w ramach krakowskiego spojrzenia. Nigdy nie zapomnę jak "przełamałam lody" po zamieszkaniu na Mokotowie i pierwszy raz skorzystałam z "osiedlowej" knajpki. Okazała się ona potem miejscem spotkań wszystkich modnych gwiazd i prekursorów "windowych selfie" co tym bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że Warszawę gryzie się inaczej niż Kraków. 

Uwielbiam to. Obok szeregu modnych lokali i bizantyjskich wnętrz restauracji, można znaleźć też takie, jak właśnie Saint Jacques. Mieszcząca się w "kiosku" mówiąc potocznie, mała francuska restauracyjka z pozoru kompletnie nie zdradza, co kryje jej bynajmniej nie skromne wnętrze. Wpadasz niczym Alicja do króliczej nory, otwierasz drzwi do Tajemniczego Ogrodu i Świętokrzyska 34 staje się zupełnie innym światem. 

foto. Saint Jacques

Wnętrze jest niewielkie ale dobrze zagospodarowane. Przytulne i ciepłe. Takie na nieformalną randkę albo lunchowe spotkanie. Albo świętowanie czegoś intymnego. Właśnie! Jest bardzo intymnie. Wiele miejsc chciało by osiągnąć taki efekt i jest to niewątpliwie duży plus Saint Jacques, że potrafi stworzyć nastrój jakby się wcale w Warszawie nie siedziało. A już na pewno nie tam, gdzie przed chwilą się stało za drzwiami zastanawiając się, czy to aby na pewno dobry adres.


A jest dobry. Ślimaki po burgundzku z masłem czosnkowo-ziołowym ( 24 zł) jako klasyka gatunku sprawdza się tutaj w stu procentach. Podobnie jak smażone małże na puree z kalafiora, galangi i jabłka z kiełkami (32 zł). Dobrze wysmażone, delikatne i fajnie podane. Warto spróbować obu pozycji. Zaciekawiło mnie klasyczne fondue, głównie z tego powodu, że rzadko spotykam się z nim w restauracjach. A uważam to za świetny pomysł i duży plus dla Saint Jaques za tą właśnie pozycję. Kompozycja dla dwóch osób za 44 zł zawiera mieszankę francuskich serów z białym winem (nota bene polecam wino hausowe - bardzo dobre) z dodatkiem warzyw i grzanek z bagietki. Co do tego ostatniego zdecydowanie lepszym było by świeże pieczywo, jednak i ta wersja jest całkiem w porządku. 


Właściwie na tym można by poprzestać, bo founde jest bardzo sycące i zapewne zabierze Wam trochę czasu. Ja jednak chciałam spróbować dań głównych i chociaż z bólem serca pożegnałam się z mulami (więc przypuszczam, że jest to pozycja flagowa restauracji), to z przyjemnością sięgnęłam po Stek z tuńczyka z grilla z dodatkiem salsy z mango i szyjek rakowych na confit z kukurydzy i musem z brokuł ( 49 zł). Salsa podkreśla smak ryby i delikatnie ją osładza. Jak dla mnie stopień wysmażenia powinien oscylować w granicach medium rare a medium ale to szczegół, który można nadrobić. Pięknie podane, ciekawe danie. Dopracowania wymaga nieco Przepiórka w sosie cytrynowym na pieczonym fenkule i karmelizowanej cebuli do tego mus z selera z migdałami (42 zł). Trzeba jednak przyznać, że ilość pozycji w menu i sposoby podania zasługują na uznanie.


Podobno diabeł tkwi w szczegółach i to one przenoszą nas w ten fantastyczny świat kuchni francuskiej. Przyznam się Wam szczerze, że lubię ją odkrywać, bo dotąd każde z odwiedzonych przeze mnie miejsc, pokazywało inne jej oblicze. Warto bywać, warto próbować, warto odwiedzić. Świętokrzyską 34 dla ślimaków i fondue na pewno! 




wtorek, 22 grudnia 2015

Ahoj Masuria!

Są takie hotele, w których człowiek ma ochotę zamknąć się w czterech ścianach bo łóżko wzywa i spokój sączący się z każdego kąta tuli do snu. Są też takie jak Hotel Masuria, gdzie budząc się rano miałam ochotę krzyknąć "Ahoj Kapitanie!" i stawić się na pokładzie aby nie przegapić ani chwili, którą można spędzić w tym uroczym hotelu. 



Zawsze w takich miejscach jak to, zastanawiam się jak komuś przyszło do głowy, na takim "końcu świata" wybudować kompleks wypoczynkowy. Gdzie się ktoś zapuścił, jak trafił właśnie tutaj bo chociaż Hotel Masuria położony jest w dogodnej lokalizacji, bo pomiędzy Ostródą (22 km) a Olsztynem (25 km) w okolicach jeziora Czarnego i licznych rezerwatów przyrody, to mimo wszystko jest to kawałek miejsca pozbawiony śladów cywilizacji. Za to przepiękny. Widok na jezioro Isąg z pokoju. Piękny zapach lasu. Przytulne pokoje, profesjonalne Wellness & SPA, korty tenisowe, boisko do siatkówki, sprzęty wodne, prywatna plaża, klub nocny, sale konferencyjne, restauracja z regionalną kuchnią oraz coś, co dopiero jest w planach - sauna i bania ruska na drewnianym molo na jeziorze! To wszystko sprawia, że nie chcesz przegapić dnia. I nie wiesz od czego zacząć! 




Bo chociaż za oknem padał śnieg, chciało się wyjść na zewnątrz żeby posiedzieć nad jeziorem, przejść się alejkami, pooddychać krystalicznie czystym powietrzem. A potem wejść do hotelu, gdzie w lobby znajduje się wielki kominek  z miękkimi sofami, przy którym masz ochotę zagrzać zimny nos. Ciekawe jest to, że owe miejsce znajduje się w sercu hotelu ale zupełnie ci to nie przeszkadza i z przyjemnością siadasz tam z winkiem i gazetą. Fajne w tym hotelu jest to, że takich miejsc "do posiedzenia" jest więcej. Dla tych co lubią lekturę czekają zakamarki na parterze z wygodnymi fotelami. Dla chcących porozmawiać na piętrze, na które wchodzi się genialnymi, "marynarskimi" schodami - przygotowano parę stolików i foteli. Dla lubiących rozrywkę - są stoły bilardowe i tor z kręglami w podziemiach jak również wydzielona sala do rozmów przy "drinku" oraz dancefloor. Naprawdę nie żartowałam mówiąc, że można tu zrobić wszystko a co ciekawsze, w ogóle nie koliduje to z ciszą i spokojem - jeżeli ktoś właśnie na to ma ochotę.




Doskonałym miejscem do takiej formy relaksu jest SPA. I tu się zatrzymam, bo zanim opowiem Wam o tym, jak bardzo dobrze było mi podczas mojego corocznego, rytuału zimowego składającego się z gorącej czekolady, muszę wspomnieć o najważniejszym. Obsłudze. Tak wysokiej kultury osobistej, jak również obsługi gościa nie spotkałam w żadnym z dotychczas odwiedzonych hoteli. To właśnie Oni sprawiają, że czujesz się w Hotelu Masuria tak dobrze, korzystając z tego, "czym chata bogata". Począwszy od recepcji - miłej, uśmiechniętej, uczynnej, przez obsługę pokojową - grzeczną, szybką, staranną, obsługę restauracji - perfekcyjną, cichą, potrafiącą doradzić na Panu ochroniarzu, który pomoże w każdej sytuacji skończywszy. Przez ani jedną chwilę nie poczułam się jak intruz lub zbyt wymagający gość - a do najlżejszych nie należę. 




A już w specjalny nastrój wprowadza cię obsługa SPA. Niezależnie czy jesteś umówiony na zabiegi czy po prostu korzystasz z basenu czy też sauny - wita cię zawsze piękny uśmiech, dobra rada, chęć dopasowania właśnie co Ciebie - bo przecież to Ty jesteś tu najważniejszy. Coś o czym często hotele zapominają. I tu przyznam znalazłam ukojenie w starannie przeprowadzonym zabiegu masażu czekoladą. Nie wiem czy macie tak, jak ja ale korzystając ze SPA zwracam uwagę na każdy szczegół: muzykę w tle, zapach, oświetlenie - wszystko to musi współgrać ze sobą. Do tego sam rytuał zabiegu - olbrzymi plus za to, że nie zostawia się klienta nawet na chwilę. Podczas kiedy leżałam zawinięta folią z maską czekoladową, Pani masowała mi twarz i głowę. Niby tak niewiele a uwierzcie mi, że ja doceniam takie przeprowadzenie zabiegu najbardziej. Nie znoszę kiedy kosmetyczka wychodzi zostawiając mnie na dwadzieścia minut samą. To, co czyni miejsce tym bardziej lub mniej pamiętanym jest obsługa i jej podejście do wykonywanej pracy.

Nigdzie bardziej tego nie można zaobserwować jak w części gastronomicznej. Spodobała mi się bardzo sala restauracyjna. Z widokiem na jezioro, przestronna, jasna z marynarskimi wstawkami. Powiem Wam szczerze, że gdybym podczas rejsu mogła zawijać zawsze do mariny z takim hotelem - meldowałabym się pierwsza na każdym rejsie. Bo chociaż uwielbiam kiwającą się kuchenkę, lewitujące talerze oraz nasze morskie gotowanie, to jednak zjedzenie posiłku w takiej restauracji, z taką obsługą i jakością dań - jest bezcenne.




Mój ulubiony punkt programu hotelowego nie zwiódł mnie w żadnym szczególe. Śniadania są obfite, bufet uzupełniany cały czas, wybór - może podstawowy ale za to wszystko jest świeże, ładnie ułożone, zadbane. Na życzenie można poprosić o zaserwowanie świeżej jajecznicy, naleśników, omleta. Co kto lubi. Obsługa bardzo pomocna, cały czas ma cię dyskretnie na oku, sprawdza czy wszystko jest w porządku a przede wszystkim - utrzymuje porządek. Tak, dla mnie to ważne i wcale nie tak oczywiste jakby się mogło wydawać. 

Porządek można również zobaczyć w karcie menu i na talerzu. Karta krótka ale treściwa i obfitująca w "lokalności". Zarówno jeżeli o dania chodzi jak i o produkty. Zachwyciła mnie Kompozycja sałat i warzyw z wędzonym pstrągiem i cytryną - zwłaszcza, że ryba pochodziła z lokalnej wędzarni i była wyjątkowo delikatna. Tatar wołowy z jajkiem przepiórczym dodatkami i grzanką pszenną również stał się moją ulubioną pozycją. Świeży, zupełnie inaczej skomponowany niż w moim domu ale równie zacny w smaku. 




Idąc za ciosem na stole pojawił się również Smażony sandacz z puree selerowym, ziemniakami i porem w śmietanie  oraz Fraszynki ziemniaczane z duszoną wieprzowiną kozim serem (również lokalnym) i szpinakiem. Najlepsze! Placki al'a racuchy ale nie racuchy w środku wołowiną i ser, a może takie trochę bliny... no genialne i jestem w tym daniu absolutnie zakochana. Nie żeby zrazom wołowym z suszonymi grzybami, babką ziemniaczaną i kapustą włoską duszoną z marchewką i bekonem coś brakowało, jednak fraszynki stały się moim ulubionym mazurskim daniem. No może zaraz po serniku z konfiturą jeżynową. I Dzyndzałkach z hreczką i skrzeczkami - co w wolnym tłumaczeniu oznacza pierogi z kaszą i skwarkami. Pyszne! Do tego selekcja regionalnych piw Kormoran i naprawdę niczego już nie brakuje. 




O Hotelu Masuria mogłabym opowiadać bez końca. Z przyjemnością będę do niego wracać i z przyjemnością polecać. Zarówno dla Was drodzy goście jak i na wszelkiego rodzaju spotkania integracyjne - to ważne - jedno z drugim zupełnie nie koliduje. Podczas mojego pobytu jedna z firm korporacyjnych miała swój wyjazd a mimo to, żadne z nas sobie na wzajem nie przeszkadzało. Może to zasługa dobrze rozplanowanej części konferencyjnej a może właśnie obsługi - wiem jedno - miejsce to na pewno znajdzie się w moich Top 10 za 2015 rok. Ahoj Masuria! 

sobota, 19 grudnia 2015

Ropucha

Hm, nawet nie wiem w sumie jak mam Wam opowiedzieć o tym daniu bo jest tak absurdalne, że sama sie zastanawiam jak doszło do tego, ze go zrobiłam. 

Oryginalny przepis znalazłam u Jamiego i chyba z braku weny stwierdziłam "a co tam". Zmodyfikowałam je nieco i powiem Wam, ze wyszło całkiem niezłe a najfajniejsze jest to, że teraz kiedy juz wiem jak smakuje - bede mogła je modyfikować i bawić sie nim uzyskując nowe smaki. Bo takie to danie jest. Plastyczne. 



Składniki:

- kiełbasa w całości
- 3 czerwone cebule
- 2 ząbki czosnku
- szczypiorek lub rozmaryn 
- olej
- 1 szklanka mąki
- 3 jajka
- 1 szklanka mleka
- 2 łyżki cukru
- szczypta soli
- ocet balsamiczny 

Przygotowanie:

Do foremki na babkę (pasztet lub cokolwiek innego, chodzi o to, żeby była długa i wąska) wlewam olej około 1 cm. Wsadzam do piekarnika i nagrzewam do 250 stopni. Kiedy olej jest już mocno nagrzany, wkładam kiełbasę w całości. Ja kupiłam zwyczajną i pocięłam ją na trzy części. Piekę ją na złoto.

Kiedy kiełbasa się złoci, kroję cebulę i dusze ją na maśle aż się zeszkli. Dorzucam pokrojony w plasterki czosnek, dodaję cukier, ocet balsamiczny i redukuje aż cebula się skarmelizuje a sos zgęstnieje.

Kiedy kiełbasa jest już upieczona, wylewam ostrożnie nadmiar oleju i robię ciasto z 3 jajek, mąki, mleka i soli. Finalnie ma ono mieć gęstość takiego, jak na naleśniki. Zalewam kiełbasę tym ciastem, na wierzch daję szczypiorek (może być też rozmaryn) i zapiekam nadal w 250 stopniach przez około 35 minut - musicie po prostu obserwować ciasto, ma być lekko przyrumienione i odchodzić od foremki. Nie otwierajcie przez ten czas piekarnika bo ciasto jest kapryśne i może Wam opaść. Obserwujcie przez szybkę ;)

Ropuchę kroję na porcję i na wierzch daję karmelizowaną cebulę. Efekt zaskakujący. 

Dziś już wiem, że można by zaryzykować i do ciasta dać np: ser żółty lub mozzarellę. Ostrą paprykę jeśli ktoś lubi pikantne. Nie omieszkam jeszcze wrócić do tego przepisu i eksperymentować! 

piątek, 18 grudnia 2015

Byle racuchy, byle szybko!

Byle się nie rozpisywać...


Składniki:

- 1 jajko
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1/2 szklanka cukru
- 1 szklanka mąki
- mleko
- 2 jabłka

Przygotowanie: 

Jajko ubijam z cukrem na puszystą masę. Dodaję mąkę, proszek i dolewam mleko aż uzyskam lejące, gęste ciasto. Wrzucam pokrojone byle jak jabłka, mieszam. Smażę na patelni aż zarumienią się na złoto-brązowy kolor. Posypuje cukrem pudrem. 

czwartek, 10 grudnia 2015

Bo Azję łatwo pokochać. Aika.

Nie będę Was przekonywać, że kuchnia azjatycka jest jedną z moich ulubionych. Gościłam w większości miejsc w Krakowie i trzeba przyznać, że poziom trzymamy wysoko. I chociaż na temat sushi można rozpętać debatę, która będzie ciągła się w nieskończoność, to dla mnie jednym z wytycznych stwierdzających czy dane miejsce jest dobre czy nie, jest przekonanie do niego osoby, która na dźwięk słowa "sushi" mówi zdecydowane "NIE".

Tak było i tym razem ale idąc do Aika wiedziałam, że ta recenzja skończy się happy endem. Dlaczego? Bo jeżeli ktoś jest autentyczny, wkłada całe swoje serce w to co robi, dba o podawane produkty i stara się jak Katsuhiro Kudo - Szef Kuchni Aika, podać na talerzu odrobinę swojej kultury, to nie może być inaczej. 

Lokal mieści się w piwnicach na Zwierzynieckiej 30, jest niewielki ale jasny i schludny. Nie spodziewajcie się pompatycznego wystroju, szumiących wodospadów i ogrodów ZEN. To miejsce już od samego progu tworzy domową atmosferę, jest nieformalne, przemyca ducha właścicieli, którzy chcą Wam pokazać kawałek siebie i swojego świata. Taki jaki znają oni a nie o jakim czytacie w dizajnerkich czasopismach. 



Swoją wędrówkę po kuchni Aika zaczęłam od zupy Miso (8 zł). Dla mnie jest to podstawa każdego miejsca, które szczyci się kuchnią azjatycką. Zabawne jest to, że w każdym z miejsc ta zupa smakuje inaczej. Tu była niezwykle delikatna. Od razu przypadła do gustu mojemu towarzyszowi, którego niemalże wołami zaciągnęłam do Aika. Z rozbawieniem obserwowałam jego minę kiedy wziął pierwszy kęs i okazało się, że "o kurcze jest pysznie". A ja nadal uważam, że to najlepsza zupa na kaca zaraz po rosole. Po delikatnym wstępie i oswojeniu się z pierwszym daniem - ja wiedziałam, że nie ma się już czego bać - Bartek czekał podekscytowany na kolejną kulinarną przygodę. Nie oszczędzałam go. Na stole pojawiło się sashimi z tuńczyka (42 zł), krewetki w tempurze (28 zł), kurczak w sosie teriyaki z dodatkiem ryżu (26 zł), zestaw sushi - przy którym zdałam się tradycyjnie na Szefa Kuchni oraz szaszłyk z kurczaka w sosie teriyaki (16 zł).



Ku mojemu zaskoczeniu największy klasyk tej kuchni czyli sashimi zniknęło w 2 minuty z talerza Bartka. "Bo nie pachniało rybą" - skwitował. Fakt. Tuńczyk był świeży, delikatny, idealnie przyprawiony. Dużo osób omija tą pozycję szerokim łukiem ale naprawdę warto jej zasmakować. Zmienicie zdanie o surowej rybie. Tak samo nasza przygoda z sushi zakończyła się sukcesem. Bo dziś sushi to nie tylko nigiri ale przede wszystkim mieszanka smaków. Można je zjeść na słodko czy na ostro. W tempurze lub bez (swoją drogą warto spróbować krewetki w tempurze w sushi jest ona zupełnie inna niż ją znacie na co dzień). Wystarczy rozwinąć fantazję i rzucić wyzwanie sushi masterowi. Zdziwicie się, jakie cuda może on wyczarować.


foto. Aika

Naszym ostatnim przystankiem i jak się okazało - flagowym daniem tego miejsca okazał się kurczak. Delikatny, soczysty w sosie teriyaki robionym przez Katsuhiro. Coś pysznego! Mięso rozpływało się w ustach a słodki sos tylko pogłębiał jego smak. Dawno nie jadłam tak dobrego sosu teriyaki. W każdym elemencie na talerzu czuć dom, czuć autentyczność, czuć tą radość z dzielenia się swoją kulturą. A jest w niej co wybierać! 

Bo musicie wiedzieć, że podróż przez Azję to nie tylko surowa ryba. To największy błąd rodzący się w umysłach ludzi, którzy mówią stanowcze "NIE" jeśli o azjatycką restauracje chodzi. Mogę zabrać każdego z Was do Aika i założę się, że znajdziecie tam, coś, co polubicie. Łącznie z sushi.