czwartek, 27 sierpnia 2015

Fornada. Spełnione marzenie.

Tego rodzaju miejsca, udowadniają mi, że marzenia można spełniać. Że historie o tym, jak rzucić wszystko i zająć się tym, co się kocha są obok mnie a nie tylko w kolorowych magazynach. Kiedy spotykam na swojej kulinarnej drodze taką osobę jak Juliana - pełną życzliwości, energii, ciepła - na usta ciśnie mi się jedno pytanie: "co Ty robisz w Polsce?".


Juliana wraz ze swoim mężem robi kuchnię brazylijską. Właściwie to jej namiastkę bo niewielki lokalik z dala od centrum wszechświata (czyli Rynku i Kazimierza) serwuje jedynie wycinek tej praktycznie nie znanej w Krakowie kuchni. Wycinek specjalny bo skupiony głównie na wypiekach i koktajlach. Cukiernio-piekarnia, malutka ale jasna i zadbana. Z kilkoma stolikami i wielką lodówką z wystawką - na słono i na słodko. 

Na początek Juliana ugościła mnie chlebkami serowymi (2,50 zł za 3 sztuki) o smaku chili, oregano i oryginalnym, serowym. Serwowane na ciepło, smakują przepysznie, wyraźnie i wbrew pozorom mogą naprawdę nieźle zaspokoić głód. Dlatego dla pobudzenia (ponieważ kawy nie pijam) zaproponowano mi Guarawitaminy czyli mleko + guarana + owoc do wyboru. Niezwykle orzeźwiający koktajl, mocno mnie zaskoczył po pierwsze swoim smakiem a po drugie konsystencją. Była "mokra", nietypowa jak dla smoothies. Genialny napój!


Zanim przystąpiłam do ciągu dalszego degustacji, przysiadła się do mnie Malwina, dzięki której zachowałam jakieś resztki przyzwoitości w swoim obżarstwie. Nie wiem czy tak macie ale jeśli na swojej drodze napotykam kuchnię, jaką rzadko jadam (właściwie dlaczego ta kuchnia nie jest u nas popularna??), to mam ochotę spróbować jak najwięcej. A gościnność Juliany nie zna granic więc na zdrowy rozsądek ze strony gospodarza liczyć nie mogłam :) 


Najbardziej zachwyciła mnie Esfifa (6 zł) - bułeczka zapiekana z mięsem z lekką nutą cynamonu i Empada (6 zł) - kruche ciasto z mąki pszennej z nadzieniami - ja wybrałam z kurczakiem. Kto da radę takiej bułeczce i powie, że nie jest syty będzie moim idolem! Ja poległam chociaż pewien złośliwiec uważa, że w moim brzuchu jest czarna dziura.

Malwina postawiła na nowość zakładu czyli hot -doga. Nieco nietypowego bo nadziewanego sałatką podobną do naszej jarzynowej, świeży, codziennie wypiekany, rozpływał się w ustach. A ponieważ upał doskwierał niesamowicie, pochłonęłyśmy kolejną mieszankę soków naturalnych ( 9 zł 250 ml). Do wyboru macie naprawdę niezłą gamę: mango, marakuja, acerola - która doskonale orzeźwia, melon, papaya... można by tak wymieniać w nieskończoność ale lepiej po prostu iść i skosztować. 


Jak Wam wspominałam jeżeli o brazylijskiej gościnności mowa to zupełnie nie o rozsądku, Juliana poczęstowała nas na koniec przepysznym deserem własnej roboty z Marakui. Owoc to bomba witaminowa, jest bogata w Witaminy: A, C, E, K, beta karoten oraz B-kompleks: B6, B2, B5. I do tego niezwykle orzeźwiająca i delikatna. 

Miejsce niezwykle urodziwe, w którym spełniają się marzenia. Miejsce, które przenosi cię w inny zupełnie wymiar smaku i czasu, pełne dobrej energii i chęci do życia. Fornada ul. Lelewela 14. Zapraszam!

sobota, 22 sierpnia 2015

RILLETTES Z ŁOSOSIA

Rillettes to nic innego jak pasta :) Znalazła się w moim ulubionym zestawie śniadaniowym, który zrobiłam dla Magazynu Apetyt. 


Składniki

1 kawałek świeżego filetu z łososia
1 łyżka oliwy z oliwek
Sok z 1 cytryny
140g łososia wędzonego
1 łyżka świeżego koperku
1 łyżka kremu z gorczycy z miodem
1 łyżka masła
4 łyżki serka ricotta
Sól
Świerzo zmielony pieprz
2 plasterki ser pleśniowego
szczypiorek
1 plasterek sałaty zielonej
1 ogórek kiszony


Filet ze świeżego łososia polewamy oliwą z oliwek, solimy, zawijamy w folię i pieczemy w 180 stopniach. Kiedy jest już gotowy, odstawiamy do wystygnięcia, wybieramy wszystkie ości i drobno siekamy. Wrzucamy go do miski i rozgniatamy widelcem aby uzyskać konsystencję pasty. Dodajemy kawałki łososia wędzonego, sok z cytryny, drobnoposiekany  koperek i tymianek, krem z gorczycy, masło i ricottę. Mieszamy wszystko dokładnie a na koniec doprawiamy świerzo zmielonym pieprzem. Odkładamy do lodówki na przynajmniej dwie godziny.

Podajemy na ciabacie smarując pastą zamiast masłem, dodając liść sałaty, plastry sera pleśniowego i pokrojnego ogórka kiszonego, dekorujemy szczypiorkiem.


Rillettes można przechowywać w lodówce do trzech dni.

Piękne zdjęcia zrobił dla mnie PLA j STER


czwartek, 20 sierpnia 2015

Parostatkiem w piękny rejs...

Całe wakacje upłynęły mi z tą właśnie piosenką w uszach. I chociaż w rejs Was nie zabiorę to para zdecydowanie będzie bohaterem tej recenzji. 

Parobar. Jedna z nowych inicjatyw w Krakowie, położona przy ulicy Czarnowiejskiej 57 jest jednym z genialniejszych lokali jakie ostatnio odwiedziłam. W ogóle muszę przyznać, że coraz więcej jest w naszym mieście miejsc, które odwiedzam z przyjemnością, a za którymi stoi pasja do jedzenia i kulinarna historia przywieziona z innej części świata.


Podobnie jest z Parobarem. Lokal serwuje tradycyjne pierożki chińskie, robione na parze. Razem z Dżoaną byłyśmy zachwycone ponieważ obie oczywiście jesteśmy na "wiecznej diecie" więc bardzo łatwo i przyjemnie poszło nam wytłumaczenie sobie, że nasze obżarstwo w Parobarze było lekkie i przyjemne  -bo na parze. 

Co do lekkości głowy nie dam ale na pewno przyjemne. Genialne pierożki, w delikatnym cieście z kilkoma nadzieniami do wyboru (13 zł). My zjadłyśmy z wołowiną, krewetkami, kurczakiem z kolendrą i trawą cytrynową. Można też brać pół na pół, jest również wersja bezglutenowa (16 zł). 


Do tego można zjeść mini azjatycką sałatkę - pierwszą, która mi naprawdę smakowała, i napić się fantastycznych azjatyckich napojów - smakowo przedziwnych ale bardzo orzeźwiających. 



I wszystko było pięknie i bardzo w porządku aż do momentu, w którym dałyśmy się przekonać do deseru. Dobra, dobra, możecie sobie myśleć, że z nas obżartuchy ale jeśli nie jedliście nigdy kulek ryżowych z orzeszkami (8 zł) lub z czarnym sezamem (8 zł), to czy Wasz kulinarny zew nie nakazałby Wam spróbowania ich dla przygody? 

Nam nasz zew nakazał i rozpłynęłyśmy się nad lepkimi, ugotowanymi na parze, cudownie słodkimi kuleczkami deserowymi. Potem ledwo wytoczyłyśmy się z lokalu. Było pysznie. Było niekonwencjonalnie i było na parze. I byle więcej takich lokali i zdecydowanie zapraszam Was na nie byle co. 

środa, 5 sierpnia 2015

Deska w kuchni!

Nie wiem jak Wy ale ja uwielbiam rękodzieło, zwłaszcza, kiedy o kuchnie chodzi. Nie ma nic piękniejszego niż ładna oprawa do pysznego jedzenia! Polecam Wam przepiękne deski z drewna. Mnie najbardziej przypadła do gustu, ta z otworem na jajko. Genialna! Jeżeli bylibyście zainteresowani zakupem takiej deski - dajcie znać - podzielę się z Wami namiarem na te cudeńka :)))






sobota, 1 sierpnia 2015

Hilton Garden Inn Krakow Airport. Przedsmak wakacji.

Nie wiem czy zdarzyło się Wam koczować na lotnisku. Mnie tak, nawet kilka razy. Nie jest to najprzyjemniejsze uczucie zwłaszcza kiedy jest się głodnym.  Nocowałam również w kilku przy lotniskowych hotelach. I nie było to najfajniejsze doświadczenie, chociaż wszyscy wiedzą, że kocham hotele. 

Dlatego ciesze się, że nigdzie indziej tylko u nas, w Krakowie, wreszcie lotnisko zyskało partnera, którego nie powstydziły by się największe porty lotnicze Europy. Hilton Garden Inn Krakow Airport.


Lotnisko, chociaż jeszcze w remoncie, już zyskało na atrakcyjności. Zawsze kiedy tam jadę, czy w celach podróżnych, czy kogoś odebrać czy właśnie jadąc na kolację degustacyjną, mam wrażenie, że wjeżdżam do strefy chillout i komfortu. Czas spowalnia, gorąc buchający wieczorem od nagrzanej płyty betonowej lotniska przypomina o bliskich i dalekich eskapadach. Czuje odprężenie na całym ciele i lekkie podekscytowanie. Czuję, jakbym jechała na wakacje.

Hilton Garden Inn Krakow Airport uderzył mnie swoją przestronnością. Wysokie sufity, pięknie zaaranżowany ogród na dachu, bezpośrednie przejścia do lotniska, przeszklenia, stonowane, ciepłe kolory. Niezwykle przestronne pokoje, z dużymi łóżkami bez łączeń i niesamowicie wygodnymi materacami podbiły moje serce. I cisza. Absolutnie nie zakłócona niczym cisza. Nie słychać żadnego remontu, ciężkie kotary odcinają drogę światłu, umożliwiając niczym niezmącony sen. 



Zanim jednak wtuliłam się w miękką pościel a mój kręgosłup poczuł wyraźną ulgę miałam okazję wziąć udział w kolacji degustacyjnej. Menu "wchodzi" w sierpniu więc macie szansę na jego spróbowanie w najbliższym czasie. 

Jak na hotel jest totalnie niestandardowe oraz innowacyjne. Nic w tym dziwnego ponieważ Miłosz Kowalski - Executive Chef jest finalistą światowej klasy konkursu Salone Culinare w Birmingham (brązowy medal) i uczestnikiem prestiżowego programu Iron Chef UK. Swoje doświadczenie kulinarne zdobywał m.in. w Anglii w restauracjach mogących poszczycić się gwiazdka Michelin’a i AA Rosette.


To wszystko widać na talerzu w doskonałych połączeniach smaków prostych ale idealnych. Na zakąskę w hotelowym lobby do zimnej lampki Proseco podane zostały: Kiełbasa swojska, śliwka wędzona, figa, orzech, miód, gruszka, wieprzowina chilli, trawa cytrynowa, bliny z kawiorem i śmietaną. 
Dla mnie absolutnym faworytem były bliny. 



Z dwóch starterów zdecydowanie: Pstrąg ojcowski, rzepa, burak czerwony i żółty, słonina wędzona, jabłko marynowane w cydrze, emulsja ze szparagów miał przewagę nad Zapiekanka ziemniaczana (boczek, grzyby, rukiew wodna, puree ziemniaczane, sfera z śmietany 18%) z dodatkiem bratków - podane w niestandardowej płynnej konsystencji. 




Doskonałym "przerywnikiem" pięknie nazwanym w menu -  intermezzo były: Sorbet marchewkowy z pudrem zrobionym z kawy oraz Lemoniada bazyliowo –cytrusowa. Doskonale neutralizowały smaki pomiędzy daniami. 




Dania główne to majstersztyk: Ravioli z kozim serem i szpinakiem w asyście poziomek, śmietany i orzechów laskowych oraz Comber jagnięcy, bób, morela, rabarbar, korzeń pietruszki. Jeżeli nadążacie za czytaniem opisów, to pewnie zauważyliście, że menu jest sezonowe, wykorzystywane są lokalne, świeże produkty trend raczej niespotykany w hotelowych restauracjach. 



Uwieńczeniem kolacji był deser z Czekolady gorzkiej, kawa, burak, pomarańcz, migdały oraz podany ser Basajo z granitą z białego wina. Nic dziwnego, że te dwa połączenia tak znakomicie ze sobą współgrają bo Basajo jest serem ziołowym o kremowej konsystencji, produkowanym z surowego mleka owczego. Ostateczny efekt zawdzięcza długiemu okresowi dojrzewania w moszczu  szczepu winogron passito bianco. Pod koniec tego okresu ser zostaje pokryty winogronami passa. W smaku jest kremowy z wyczuwalna nutą wina ale dla mnie zbyt "mocny". 



Kolacja była wyśmienita, okraszona wspaniałym winem dobieranym do każdej z potraw. Obsługa zwinna, bezszelestna, bardzo schludna. Przy stole siedziały z nami osoby zarządzające hotelem, dla których komfort gości ma priorytetowe znaczenie. Z ciekawością słuchałam o pomysłach i rozwiązaniach jakie hotel zaplanował dla swoich gości. 

Wracając do mojego pierwszego zdania w tym tekście, o koczowaniu na lotnisku będąc głodnym, Hilton Garden Inn Krakow Airport wyszedł na przeciw owym sytuacją i zaproponował lunch w senie 22 zł. Nie trzeba być gościem hotelowym czy nawet pasażerem, warto się wybrać na na obiad po prostu, dla dobrej kuchni, ciekawości hotelu czy lotniska. Przyznacie, że oferta w stosunku do jakości i okoliczności przyrody jest niezwykle atrakcyjna. 


Po znakomicie przespanej nocy, na wygodnym, dobrze wyważonym materacu z nieukrywaną radością poszłam na śniadanie. I był to moment dla mnie najpiękniejszy bo chociaż kolacja wykwintna w smaku to nic bardziej mnie nie cieszy niż śniadania. Duży wybór, świeże, pachnące a jeśli to Wam nie wystarczy, zawsze możecie poprosić kucharza o przygotowanie czegoś innego. Brakowało mi jedynie kiełbasy wyrabianej przez Szefa Kuchni, a którą degustowaliśmy na zakąskę. Zdecydowanie powinna znaleźć się wśród wędlin. 

Zaskoczyła mnie możliwość zrobienia sobie gofra, z czego nie omieszkałam skorzystać. Z chrupiącym boczkiem i syropem klonowym... made my day! Tak jak i płatki z mlekiem. Filetowane owoce. Jajecznica. Kiełbaska. Świeże bułeczki... Taaak pożarłam to wszystko i szczerze mówiąc trzeba było mnie siłą wyciągać z tego śniadania a i tak jeszcze na drogę zabrałam muffin-ki w obie ręce. Mniam! 



Hilton Garden Inn Krakow Airport chociaż na początku, zanim go odwiedziłam, wydawał mi się miejscem zimnym, bez polotu - bo w końcu czego można się spodziewać po lotniskowych hotelach - okazał się oazą dla podróżujących. Z przyjemnością zatrzymała bym się w nim między podróżami bo standard jaki oferuje to przede wszystkim zrozumienie dla potrzeb osób podróżujących.