piątek, 25 września 2015

Pstrąg Ojcowski!

Długo musieliście czekać na tą recenzję, ale jest ona wisienką na torcie wrześniowych kulinarnych eskapad. Pstrągi w Ojcowie. Okazja wyjątkowa bo moje urodziny, przepiękne, nieformalne, wyjątkowe. Tak samo jak to miejsce. O historii jego powstania i determinacji z jaką zostało stworzone możecie poczytać w Magazynie Apetyt. Ja opowiem Wam o tym, jak to się stało, że już nigdy więcej nie zjem pstrąga. Gdzie indziej.


Ojcowski Park Narodowy jest przepiękny, chociaż jak na mój punkt widzenia - totalnie nie zagospodarowany. Raczkujące gastronomie z frytami z trzydniowego oleju, kilka agroturystyk bez większego polotu, przepiękny zamek unoszący się na wzgórzu ale nieco przaśny… Gdyby nie pobliska niebieska chata PraOjca to powiedziałabym, że wieje kulinarną Saharą w tym pięknym, zielonym, skalnym miejscu. 


Wieść o Pstrągu w Ojcowie dotarła do mnie stosunkowo niedawno. Głównie dzięki różnego rodzajom portalom społecznościowym ale osobą, która skłoniła mnie do wycieczki kulinarnej był Bartek. Czasami w naszym Gospodarstwie Podskalany mamy zajawki. Ostatnią zajawką stało się wędzenie pstrągów. Zajadałam się nimi któregoś dnia, oblizując palce, kiedy padły słowa z rozmarzonych ust Bartka: „Ech, podobno w Ojcowie te Pstrągi są najlepsze. Bez porównania. Musimy tam jechać”. I pojechaliśmy. 


Miejsce okazało się nie tylko pyszne ale przede wszystkim bardzo ładnie zagospodarowane i co więcej, w 100% naturalne, ekologiczne. Pani Agnieszka zwraca uwagę na to co je i co podaje swoim klientom, dlatego nie znajdziecie tam niczego co mogło by popsuć smaku pstrąga. Żadnych frytek, ziemniaczków. Tylko On i Wy. I świeży chlebuś i sałatka. Szum stawów hodowlanych za domem, leżaki, samotna łódka, kot przybłęda i selekcja najciekawszych piw na rynku. Można? Można! Nic więc dziwnego, że w weekendy pstrągi „wychodzą” raz dwa a w tygodniu popołudniami trzeba się śpieszyć żeby móc zjeść go w dwóch wydaniach: wędzonym (mój faworyt) i grillowanym (faworyt Bartka). 


Tu się zatrzymam bo na smak tych ryb, oczywiście poza hodowlą, ma wpływ zdecydowanie sposób przyrządzenia. W obu wersjach pstrąg jest niewiele doprawiony. Trochę masła, ziół. Nie znajdziecie w nim żadnych „polepszaczy smaku”. Wędzony na drewnie, które nie pozostawia smaku dymu w sobie i grillowany w foli aluminiowej, dzięki czemu nie znajdziecie w nim śladu przypalenizny z kratki grillowej. Jest niezwykle delikatny - zwłaszcza ten grillowany. Kręgosłup sam odchodzi zabierając za sobą wszystkie ości. Mięsko jest bardziej nawet „uduszone” co dla osób dbających o każdy kilogram oraz zwracających uwagę na to co jedzą będzie zdecydowanym atutem. 


Wersja wędzona jest dopieszczona w każdym szczególe. Od wędzarni sprowadzanej z nad morza, ciężkiej, żeliwnej. Po sposób wędzenia, który metodą prób i błędów zostało dopracowane przez to miejsce do perfekcji. Ryba dosłownie rozpuszcza się w ustach. Mięso jest mięsiste, nie zalatuje mułem, skóra chrupiąca, zapach wierci w nosie. Porcje, którą dostałam była tak olbrzymia (przy okazji nauczyłam się rozróżniać Pana od Pani Pstrągowej), że zabrałam ją na wynos i zrobiłam tartę z pstrągiem na drugi dzień. 

Jeżeli chcecie poznać prawdziwy smak pstrąga to zapraszam Was do Ojcowa. Jedno, co Wam mogę obiecać to to, że nigdy więcej nie zjedzie tej ryby w żadnym innym miejscu. 


poniedziałek, 7 września 2015

Dzik jest dziki i jest "more"!

Pomyślicie - "kolejna burgerownia". Taki tam Lokal - Burger & More gdzieś na Miodowej 9/2. No nie. Zupełnie nie. Bo chociaż niewielki i nie od dawna, to pomysł na burgery jest przedni - DZICZYZNA. I na dodatek upolowana przez właściciela - myśliwego z zamiłowania. I co? "Kolejna burgerownia"?


W menu oprócz dziczyzny dnia, znajdziecie również burgery wołowe. Bułka pieczona na miejscu, rewelacyjny wybór piw i własnoręcznie robione frytki wyróżnia ten lokal jako naprawdę jeden z niewielu, o którym można powiedzieć, że warto go odwiedzić. Powiem Wam szczerze, że dzisiaj za wyjątkiem paru miejsc - nie zjadłabym burgera. I ciesze się, że Lokal dołączył do tej listy.


Akurat w dniu, w którym odwiedziłam Miodową 9/2, serwowany był burger z jelenia (21,90 zł). Uwielbiam dziczyznę, chociaż nie mam okazji jej jeść zbyt często ( o jej przypomniał mi się gulasz z dzika i ślinka mi właśnie zaciekła...). Mięso jelenia jest delikatne i lekko słodkie. Czy lepsze od wołowiny... Wzięłam dla porównania burgera BBQ (15,90 zł za małego) z oryginalnym sosem bbq zasługującym na pochowałę, cebulą, pomidorem i korniszonem. I nie zamieniłabym się bo chociaż był naprawdę dobry i soczysty to jednak dla mnie dziczyzna jest tym, co wyróżnia ten lokal. Zwłaszcza, że burgery nie są niczym przesadzone: nie ma ekstremalnie dużo dodatków ani dziwnych połączeń. 


Oprócz burgerów warto tu zjeść frytki. Są domowe! Olbrzymi szacun dla osoby, która kroi je własnoręcznie, bo chociaż pieczone w skórce, to namęczyć się przy nich trzeba. 

Nie była bym też sobą, gdybym nie zjadła tatara. Nie jest to może "klasyka gatunku" ale ja uwielbiam wszelkie wariacje na temat tatara i jeśli tylko mięso jest smaczne i świeże to akceptuje każdą jego postać. A i ta przypadła mi do gustu. Kapary, zioła, pomidorki, rukola...dla mnie rewelacja! 


Sztuką nie jest otworzyć lokal z burgerami, znaleźć piekarnie, która wypiecze bułki, nazwać je "na bogato" i serwować promocje dnia. Trzeba mieć przede wszystkim pomysł, szukać kulinarnych rozwiązań i nie bać się eksperymentować. Dopiero wtedy stajemy się wiarygodni. Jak Lokal - Burgers & More.

niedziela, 6 września 2015

Ania i Ania w Naleśnikomania :)

Starowiślna jest dla mnie mało przyjazną ulicą znaną mi zazwyczaj z trasy Kazimierz - Rynek - Kazimierz w późnych godzinach nocnych tudzież wczesno -rannych. No nie będę Was okłamywać, że było inaczej. 

Potem pojawiła się na niej kuchnia brazylijska co nieco zmieniło mój sens bywania na tej ulicy. Bo tak serio, kto z Was ją lubi?? Jakaś taka... bezosobowa ta ulica. I chociaż nadal niewiele w tym temacie się dla mnie zmieniło, to przynajmniej jest jeden numer, pod który warto się wybrać. Numer 16. Zmienia on oblicze tej ulicy i pojęcie na temat naleśników! 


Bistro Naleśnikomania odwiedziłam z Anią - osobą wyjątkową i kulinarnie... trudną. Zazwyczaj tak mam z wegetarianami, że nie wiem co z nimi zrobić. Nie jestem zwolenniczką tego rodzaju kuchni, w garach mojej rodziny od zawsze pichciło się mięso. Do testingu tego miejsca - Ania była osobą wręcz idealną! 



Lokal niewielki, streetfoodowy i take away - mówiąc modnie. Fajnie zrobiony, bez przesady, trochę cegły, otwarta "kuchnia", w której każdy może podglądnąć jak powstają naleśniki. A wybór w menu jest olbrzymi. Wytrawne, wegetariańskie, słodkie, specjalne lub w kompozycji własnej. Do tego koktajle i mojito bezalkoholowe w trzech smakach ( 5 zł): truskawka, limonka, kiwi - ja wypiłam ten ostatni i stałam się jego wielką fanką! Kto by pomyślał, że taki niewielki lokalik może skrywać tak olbrzymi potencjał i wywrócić świat naleśników do góry nogami. 


Wydawało mi się, że zjem dużo. Po dwóch wymiękłam. Podobnie Ania. Podzieliłyśmy się na obozy smakowe i tak ja wybrałam: łososia, ser pleśniowy, pomidor ( 9 zł) oraz specjalność włoską: szynka parmeńska, ser, rukola, pomidor suszony (9,50 zł). Ania sięgnęła po mozzarella, pomidor, rukola (7,50 zł) i nutella, banan (8 zł). Szczerze mówiąc był to najlepszy wybór z naszego przeglądu! 

Bardzo dobre, idealnej grubości ciasto. Przypomniały mi się naleśniki z ulicznej wyżerki w Notting Hill. Dwie dziewczyny przyjeżdżały z Francji po to aby na ulicy Londynu, w niedzielny poranek smażyć naleśniki. To się nazywa pasja! Taką samą można wyczuć właśnie w Naleśnikomani. Prostym bistro, z prostym pomysłem ale niezwykle smacznym i zdecydowanie wartym częstego odwiedzania.