wtorek, 27 października 2015

Czekajcie.... jak to szło?

Dzień drugi zaskoczył mnie wieloma rzeczami. Po pierwsze pomidor na śniadanie uratował mi życie. Ale o kulinariach będzie innym razem. Dziś opowiem Wam, jak to jest być KURACJUSZEM. Piękne słowo nie? Generalnie Kuracjusz powinien spędzać czas na zabiegach, diecie (nadal nie mogę przeżyć tej kolacji o 17:00) i spacerach. Uskuteczniłam więc to ostatnie. I jak zwykle, wplątałam się w jakiś kosmos. A było to tak...


Zaraz po zabiegach czyli około 15:00 postanowiłam się wybrać na spacer na Cypel Polańczyka. Wszystko było fajnie, strzeliłam parę ładnych fotek, spotkałam na deptaku ŻYWEGO lisa ( po moich ostatnich doznaniach na Hubertusie lis kojarzy mi się jedynie z Bartkiem) aż wracając zmarzłam i wstąpiłam do Leśniej Chaty. W Leśnej Chacie podawali wyjątkowo dobrego grzańca. Właściwie w moim przypadku każdy grzaniec jest dobry. Zanim z niego wyszłam - jeszcze o własnych siłach - zgłodniałam. Wstąpiłam więc do Korony (przysięgam, że od jutra dostosuje się do sanatoryjnej diety), na pizzę. Bardzo smaczną, na cienkim cieśnie, na wszelki wypadek wzięłam Magrhartię bo jej spieprzyć nie można. 




Siedziałam tak na tej pizzy aż dopadł mnie Maksi Kaz I. Słowem: pierwszy, bo zakładam, że jeśli drugiego dnia dopada mnie Maksi Kaz to znaczy, że będzie ich przez cały turnus wielu. Numeracja jest po to, żebyście się nie zgubili. Maksi Kaz aka Błażej okazał się całkiem przyjaznym Słowakiem. I niegroźnym. Z punktu widzenia płci, za to wino lał strumieniami. Zanim się zorientowałam wypiłam z nim butelkę wina i nagle pojawiła się Jola. Świetna Babeczka, stała bywalczyni bo na turnusie jest od tygodni. 

Stary wyjadacze są najgorsi. Wyobraźcie sobie mnie: poczciwą, spokojną, miła dziewczynę z dobrego domu w środowisku Maksi Kaza I i Joli. Toż to się nie mogło skończyć dobrze! Pomijam, że po Słowacku rozumiem niewiele a Błażej aka Maksi Kaz I to zagorzały myśliciel i historyk ale wieczór płyną w tym słowiańsko - polskim sojuszu kiedy pojawił się Kowboj. Tak. W tej historii pojawia się też Kowboj Przemek, lokalny trubadur. I jest tak: Ja, Jola, Maksi Kaz I i Kowboj Poeta. Czaicie?! Bo ja po drugiej butelce wina już nie czaiłam. 

Kowboj Poeta śpiewa, ja próbuję się zmyć, Kowboj publicznie (pełna sala) piętnuje mnie, że wychodzę, ja w swojej złośliwości na cały głos pytam " A mogę iść siku?!" ale cholera z siku trzeba wrócić. No to wracam obczajając wcześniej gdzie jest wyjście. Kowboj na cały regulator do mikrofonu rzecze: "A już się o Ciebie martwiłem" a Maksi Kaz I polewa kolejną butelkę wina. "Jezusie", piszę do Mamy, "gdzie Ty mnie wysłałaś!?". Patrzę na tą drugą butelkę, na drzwi na Kowboja, śpiewam "Whisky Moja Żono" przeplatane z "Stokrotka rosła polna.." i zastanawiam się WTF?! Jola klaszcze, Błażej dorwał jakiegoś elektryka i gada o Smoleńsku, Kowboj śpiewa... MEKSYK. 


Z całego wieczora, po trzeciej butelce wina zapamiętałam (mniej więcej) takie o to słowa: " (coś tam, coś tam) tu wcale nie jest tak dobrze, tylko jesteśmy mniej wkurwieni". Chyba tak to szło...






1 komentarz:

  1. Ło matko! To dopiero zabawa :)
    Znam paru Słowaków, ich język jest na tyle podobny do naszego, że można się dogadać bez większych problemów. A po pierwszej butelce wina znikają nawet te małe ;)

    OdpowiedzUsuń