środa, 25 listopada 2015

Dawno nie było tak dobrze. Alpino.

Wiecie co? Dawno nie miałam takiej przyjemności z jedzenia. Dawno też, nie siedziałam z kartą menu w ręce zastanawiając się co wybrać, bo wybór był taki, że szkoda było z czegoś zrezygnować. Rzadko się to zdarza ale kiedy się zdarzy to nawet nie wiecie jak dużą przyjemność mam z pisania Wam o takich miejscach. I wiecie co jeszcze? Dawno nie było takiego miejsca w Krakowie, do którego wysłałabym absolutnie każdego, kto zapyta mnie o to "gdzie zjeść". W Alpino zjeść. Bezdyskusyjnie.

Podobno miejsce ma swoją reaktywację, inna lokalizacja, inne ceny, inne menu. Nie wiem, nie byłam, nie będę się doktoryzować, ważne jest, że tu i teraz Alpino daje lekcje francuskiej frywolności i swobody kulinarnej, oczywiście okraszonej lekkim nadęciem jak na kuchnię francuską - nawet chłopską (czytaj ładnie prowansalską) przystało. 


 foto. Alpino

Wnętrze zaskakuje. Niewielkie wejście w niewielkiej elewacji na ulicy Królowej Jadwigi 184 (jezuuu przestańcie narzekać, że to nie centrum i ogarnijcie się trochę z dojazdami) zupełnie nie oddaje tego, co kryje się w środku. Przestronne sale z przeszklonym patio, gdzie odbywają się koncerty. Piękny błękitno biały wystrój, delikatne oświetlenie, ciężkie wzorzyste obrusy na stołach, drewno i detale w stylu prowansalskim sprawiają, że miejsce staje się idealnym na obiad, randkę, okazję, spotkanie czy po prostu by dobrze zjeść. 


Duże karty menu przypominają mi te z Zakładki ale mimo tego, po prostu tam pasują. Może nie są za wygodne ale ten motyw "gazety" jakoś strasznie pasuje mi do francuskich klimatów. Nie wiem, może oglądam za dużo filmów. Tak czy siak oprócz regularnego menu, można znaleźć wkładkę odnośnie pojawiających się tu owoców morza (pięknie nazwanym weekendem z Frutti do Mare). I teraz wyobraźcie sobie mój konflikt tragiczny. Co zjeść? Mięso, czy owoce morza. Bo tak: w menu regularnym widzę carpaccio z wędzonej gęsi a we wkładce grillowane ośmiorniczki. No jak żyć?! Ja wiem, że jestem kobietą i codziennie życia stawia mnie w konflikcie tragicznym (zwłaszcza na tle mojej szafy i tego, że nie mam się w co ubrać) ale to nie na moje nerwy. Co więc robię? To, co zawsze w takich sytuacjach - sięgam po wino! A nawet dwa! Delikatne, białe, domowe. Do wina skomponowany zestaw (10 zł) z dwóch past (są trzy): z suszonych pomidorów oraz grzybowo-truflowa. Do tego oliwa, bagietka.


Z pomocą przychodzi kelner. Fajna nienarzucająca się obsługa, nieco mnie rozluźnia dlatego nieśmiało pytam, czy mogłabym mniejsze porcje ale różne. Nie, Wam nie można, to tylko trik dostępny dla tych co o jedzeniu piszą. Nie, nie ma co żałować bo wierzcie mi, że dania są naprawdę dobrze skomponowane niczym Symfonia 25 Mozarta i warto jeść je w całości. Entuzjastycznie wcinam carpaccio z wędzonej gęsi z pestkami dyni i rukolą (32 zł) na przemian z pieczonymi żabimi udkami w aromacie pietruszki i czosnku podane ze świeżym pieczywem (21 zł) oraz Krewetki zapieczone w sosie winno-serowym z pomidorem cherry (27 zł) i grillowane ośmiorniczki baby z salsą z melona i chili. Tak, zjadłam to wszystko i byłam szczęśliwa a mój konflikt tragiczny zażegnany. Carpaccio bardzo dobre, gęś delikatna i wędzenie miłe dla podniebienia. Żabie udka smakują jak kurczak (przynajmniej dla mnie) tylko delikatniejsze i klasyka czyli zioła i czosnek sprawdziły się tu w stu procentach. Ośmiorniczki przecudne, chrupiące i osłodzone delikatnie przez melona - świetne, orzeźwiające połączenie. Krewetki w mistrzowskim sosie, zdecydowanie warte spróbowania, sos wylizaliśmy do dna. 



W temacie dań głównych zdałam się na obsługę i nie zawiodłam się. Nie wiem czy kiedykolwiek próbowaliście ryby zwanej Nagład ale od wizyty w Alpino ta stała się moim rybnym faworytem. Delikatna, prawie bez ości, bez nadmiernego zapachu morza, rozpływa się w ustach. Podana w sosie słodko-kwaśnym z grzybami i ananasem. Tak wiem, wieje małą Azją bardziej niż Francją i faktycznie przyznam tu, że w wersji na przykład cydru i jabłek albo w sosie marynarskim (z masłem, pietruszką i parzonymi szalotkami) była by kwintesencją tej kuchni ale warto się na nią skusić bo jest jedną z ulubionych ryb wykorzystywanych we francuskim menu. Przebiła nawet pieczone langustynki z bruschettą i salsą pomidorową, które faktycznie w akompaniamencie pomidorowym wysoko stawiają poprzeczkę.



Kuchnia francuska jest moją ulubioną jeżeli o desery chodzi i oczywiście, że nie mogłam sobie takowych odpuścić. Zakończyłam więc wieczór gruszką w aromacie kardamonu w cieście francuskim z gorącą czekoladą (15 zł) oraz Musem czekoladowym z aromatem pomarańczy. Muszę Was jeszcze przekonywać do odwiedzenia tego miejsca? Nie? Tak myślałam. A jeśli trzeba przekonać Wasze drugie połówki to powiem im, że piwa też mają niezłe. Aha i genialne grzane białe wino!! Must have sezonu zimowego!


W Alpino spędziłam naprawdę miły, niczym nie zmącony, apetyczny czas. Podsłuchałam kilka kuchennych sekretów - jak wprowadzenie pizzy francuskiej do menu. Z początku podeszłam mało entuzjastycznie ale po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że chętnie bym taką zjadła bo z tego co wiem, nawet ten włoski klasyk Francuzi przerobili wtrącając swoje trzy grosze. Dawno nie było tak dobrze. Dawno w kuchni nie było tak dobrze. Dawno mnie nie było tak dobrze. 



Perliczka

Ania, specjalnie dla Ciebie zebrałam się i oto jest! Przepis! Perliczkę robiłam pierwszy raz, dostałam ją od Mamy Bartka (hodowana na wsi) i stwierdzam, że jest to jedno z lepszych ptactw jakie miałam okazję zjeść. Niezwykle delikatna, dużo "szlachetniejsza" niż mięso kurczaka a i w staropolskich przepisach Prababci Ani znalazłam wzmiankę na ten temat. Zastosowałam się do jej rad i perliczkę moczyłam przez 14 godzin w solance ( 2 litry wody + 4 łyżki soli). Po tym czasie wylałam solankę a ptaka zostawiłam jeszcze w lodówce na dwie godziny. To, co nastąpiło potem to magia!

Żartuje. Potem było:

Składniki potrzebne do upieczenia perliczki:

- 1 perliczka ok 1200 kg
- 1/2 szklanki soku z pomarańczy
- 1/2 pomarańczy
- ok. 1/3 korzenia świeżego imbiru

Do żaroodpornego naczynia wlewam sok i ścieram imbir. Perliczkę nadziewam pomarańczą. Przykrywam folią aluminiową i piekę przez 40 minut w 190 stopniach. Kiedy się piecze, przygotowuję glazurę.

Składniki potrzebne na glazurę do upieczenia perliczki:

- 1 łyżka cytryny
- 1 łyżka miodu
- 1 łyżeczka papryki ostrej
- 2 łyżki masła
- 1 ząbek czosnku zmiażdżony 

Wszystkie w/w składniki mieszam w kubku. Masło może mieć grudki, nie musi to być jednolita masa. Po 40 minutach zdejmuję folię aluminiową, smaruje perliczkę glazurą i piekę około 50 minut aż skórka się zarumieni. Przez ten cały czas smaruję perliczkę i odwracam we wszystkie możliwe strony. Po upieczeniu pozostały sos przekładam do naczynia i podaję na stół. Do takiej perliczki świetnie pasuje topinambur i sałata zielona z sosem winegret. 


poniedziałek, 9 listopada 2015

Ursa Maior czyli w piwnym domu Wielkiej Niedźwiedzicy.

Niewielki browar w Bieszczadach a dokładniej w miejscowości Uherce Mineralne. Piwo ważone przez KOBIETĘ - Agnieszkę. To dość niezwykłe, że piwowarem jest kobieta dlatego też możecie się spodziewać, że jej piwa ze zwykłością nie mają nic wspólnego.


Kiedy odwiedzałam browar w ofercie degustacyjnej były cztery. Dwa z nich kompletnie nie w moim stylu - ciemne o wyraźnej goryczce lub słodkim wykończeniu. Ja lubuje się w piwach pszenicznych, uwielbiam też odwiedzać moją przyjaciółkę Anię w Belgii i pić z nią i jej partnerem Erykiem lokalne piwa. W ogóle muszę przyznać, że lubię piwo, chyba bardziej nawet niż wino. O masz. Wyszły na jaw moje plebańskie maniery.Trudno.


Tak czy siak będąc w Bieszczadach nie sposób ominąć właśnie tej miejscówki. Piwo nie należy do najtańszych (8-10 zł za butelkę 0,5) ale jest też piwem bardziej do degustacji niż wypicia. Na czym polega różnica? Na tym, że zazwyczaj jak kupuję piwko to piję dwa (0,3 oczywiście) czasem trzy. Piwa z Ursa Maior są jak dobre wino. Wypijasz butelkę delektując się każdym łykiem. I wracasz po kolejne dopiero za jakiś czas. 

Niewątpliwie bezkonkurencyjnym składnikiem tego piwa jest woda źródlana, która sprawia, że jest ono niezwykle... hmm.... gładkie. Moje ulubione o nazwie sentymentalnej "Deszcz w Cisnej", lekko wędzone, karmelowe, świetnie skomponowało się z serami od Nikosia (o nich potem). 

Drugie, które również znalazło się na mojej półce w lodówce to "Podróżnik". Dwa skrajnie różne piwa bo "Podróżnik" posiada delikatny cytrusowo-słodowy aromat oraz smak przypominający sok świeżego grejpfruta. W genialny sposób gasi pragnienie. Mogę się założyć, że będzie fantastyczne do mojej pizzy!


Niewątpliwie odwiedzając kulinarne Bieszczady trzeba zaglądnąć do tego browaru. Niestety uzależnia, co z początku może się dla Was wydawać niedobrą informacją ale szybko Was uspokoję: po pierwsze filia sklepu jest w Krakowie (HURA!) a po drugie można piwo zamówić drogą internetową. Dlatego nie czekajcie do wakacji tylko koniecznie, już dziś wypijcie "Deszcz w Cisnej". 






czwartek, 5 listopada 2015

Czy można lepiej? Czyli o jedzeniu w Starym Tartaku.

Nie. To znaczy niby zawsze można - przynajmniej dla kokieterii trzeba tak powiedzieć - ale szczerze mówiąc w Karczmie Starego Tartaku znalazłam wszystko to, co chciałam. I nie mówię tu już o zwyczajnym "smakowało lub nie" ale o tym, że od takich miejsc czegoś wymagam. Regionalizmu. Tak Drodzy Państwo. Nie ma, że to restauracja hotelowa, że wszyscy lubią klimaty "śródziemnomorskie". Nie. Jadę do Was po to, żeby zjeść prawdziwie, po staropolsku bo jak się jest knajpą, restauracją na Mazurach czy nad Morzem to się powinno - mimo wszystko - trzymać tego, czego Ja mieszkając w Krakowie nie mam. Waszych regionalnych rarytasów.


Oczywiście, że nie zabraniam aby w okolicy była pizza ale jeśli na pytanie gdzie nad morzem zjem najlepsze jedzonko dostaję odpowiedź "W Chińskiej Restauracji niedaleko Galerii" to coś jest zdecydowanie nie tak. I to nie z podniebieniem osoby polecającej mi miejsce. Albo kiedy jestem w restauracji polecanej przez córkę swojego Ojca z nadzieją, że zjem wreszcie lokalną rybkę a Pan Kelner poleca mi łososia. I nie, nie jestem w Norwegii. Ciśnie mi się na usta "Dejcie żyć!". Na szczęście gastronomia w Starym Tartaku jest zdecydowanie na TAK i chyba pierwszy raz nie mogłam się doczekać kolejnego dnia aby wypróbować następne potrawy lub po raz drugi zjeść to, co dzień wcześniej pozostawiło wrażenie. 



fot. Stary Tartak




Zacznijmy od tego, że oczywiście jak pisałam Wam w poprzedniej recenzji o tym miejscu  jest tu ślicznie. Wnętrze utrzymane w rustykalnym stylu, z olbrzymim kominkiem, do którego zmarznięta z przyjemnością się przytulałam, drewnianą podłogą, miszmaszem mebli, przeszklonym patio z widokiem na jezioro, drewnianym pomostem z sofami i przepięknymi fotografiami starej Iławy. Klimat niezwykły. Oczy ciągle wędrują po ścianach co raz znajdując element, który przegapiły poprzednio. Jeżeli już Wasz zmysł wzroku został dopieszczony to weźmy się za menu ( a jeśli nie to po więcej zdjęć wnętrza zaglądnijcie TU).

Przyjechałam późnym wieczorem, głodna jak wilk. Otworzyłam menu i moje kubki smakowe zwariowały same nie wiedząc w co się wgryźć na pierwszy ogień. Padło więc na tatara z pstrąga z sosem francuskim (19 zł) i ozorki wieprzowe w sosie chrzanowym (22 zł). Niezła rozpiętość co?! Pierwszy raz jadłam tatara nie z łososia. Wyrazisty sos na bazie musztardy dijon, szpinaku, oliwy i czosnku, robił nieziemską robotę. Ozorki delikatne, rozpływające się w ustach, sos wyrazisty, wszystko komponowało się bez zarzutu. Do tego dwa regionalne piwka z browaru Kormoran i na deser lody zapiekane pod pierzyną (11 zł) i szarlotka na ciepło z gałką loda ( 12 zł). Wiedziałam już, że kolejne dwa dni upłyną mi na totalnym obżarstwie. 






Następnego dnia nie mogąc się powstrzymać wstąpiłam na przystawkę. Tatar z wołowy (29 zł) był tak smaczny, że zjadłam go po raz drugi jeszcze tego samego dnia. Świeży, genialnie przyprawiony i klasyczny. Prawie jak u mojego Taty. Carpaccio z polędwicy wołowej (29 zł) rozpływało się w ustach. Lubię mięso, surowe mięso i świeże mięso. 

Na moim stole znalazły się jeszcze placek ziemniaczany z pikantnym farszem (19 zł), totalnie nie do przejedzenia. Krewetki królewskie z sosem koktajlowym (29 zł), przepięknie podane: siedzące zamyślone po turecku nad jeziorem z sosu. Genialne. Widać, że kuchnia dysponuje większym zasobem wyobraźni niż zieleniny do dekoracji i chwała jej za to! Nie mogłam się na nie napatrzyć i chociaż w smaku nie wyróżniały się niczym nadzwyczajnym i właściwie były kaprysem bardziej, to sposób podania rozwalił mnie na łopatki. 





W menu oprócz regionalnych ryb (np: Sandacz z Jezioraka), dań z akcentem niemieckim (np: Teigtaschen mit Fleischfüllung) były też pyszne sezonowe dania z dyni (np: kopytka z dyni z boczkiem), staropolskie standardy (np: golonka) oraz gęsina. I tu zatrzymam się na dłużej bo jednym z dwóch dań, których nie zapomnę było właśnie Trio z Gęsi czyli żołądki, serca, wątróbka podana na placku cebulowo ziemniaczanym (19 zł). Delikatność tych podrobów, sposób ich przyrządzenia i podania zasługuje naprawdę na wyróżnienie. Danie rozpływało się w ustach. Pierwszy raz jadłam serca i powiem Wam, że ciesze się, że było to w Tartacznej Chacie bo pokocham je już na całe życie. 


Ostatnim z dań, które na pewno powtórzę w swojej kuchni była wątróbka z jabłkami duszona w likierze wiśniowym (19 zł). O ile wątróbkę jem i uwielbiam - zazwyczaj w dużej ilości duszonej, słodkiej cebulki czasem też z jabłkiem - nie powiem, że nie, tak likier wiśniowy miażdży wszelkie inne sposoby podania tego dania. Nie przekonacie mnie, że jest jakiś inny sposób, który przebije właśnie ten jeden akcent: likier wiśniowy. Jadłam różne odmiany chutney, nie powiem bo z czerwonej cebuli i wina bardzo ale to bardzo dobrze smakowało. Klasyka z białej duszonej cebuli z chlebem i masłem też jest okej ale to, co podała kuchnia w Starym Tartaku przechodzi ludzkie pojęcie na temat wątróbki. Podroby są mocną stroną tej kuchni i wychodzą im bardzo ale to bardzo dobrze. 

Dziś pisząc Wam o tym miejscu naprawdę ciesze się, że miałam okazję w nim jeść. Jeżeli będziecie przejeżdżać przez Iławę lub będziecie w jej pobliżu to koniecznie musicie tam zaglądnąć. Budynek jest oddzielną częścią tego hotelowego kompleksu więc nie musicie się stresować tym, że trzeba być gościem hotelowym lub, że ceny Was zabiją. A na pewno zyskają na tej wizycie wasze kubki smakowe! 








wtorek, 3 listopada 2015

Magia. Stary Tartak****

Nie wiem czy ktoś z Was był i lubi ale dla mnie jesień i zima to najpiękniejszy czas na zwiedzanie naszych Polskich zakamarków. Uwielbiam polskie morze, majestatyczne, ciemno granatowe. Cisza, spokój, prawdziwa dzikość plaż - tylko w tym okresie. Podobnie urzekły mnie Mazury. Przepiękne kolory i totalny relaks. Zwłaszcza, że miałam okazję zawitać do Iławy i przez dwa dni pomieszkać w Hotelu Stary Tartak. Miejscu magicznym.




Macie czasami tak, że wjeżdżacie do jakiegoś miejsca i czujecie się jakbyście wskoczyli w króliczą norę i wyskoczyli w zupełnie innym świecie? Ja tak miałam kiedy zobaczyłam pierwszy raz Stary Tartak. Przepięknie położony - chociaż praktycznie w środku miasta ale oddzielające go jezioro "Jeziorak" sprawia, jakby człowiek zniknął za weneckim lustrem. 


Pierwsze wrażenie to otaczający cię spokój. Snuje się po korytarzach, po alejkach w około hotelu, w pokoju. Cisza, nikt nie zakłóca Twojego pobytu. Mimo mgły i siąpiącego deszczu, temperatura zachęca do wypicia kawy na balkonie z przepięknym widokiem na Jezioraka i majaczące w oddali miasto. Z daleka widać dach gotyckiego kościoła, który obowiązkowo trzeba zobaczyć. Na szczęście z hotelu można spacerkiem brzegiem jeziora udać się do centrum miasta, w recepcji można wypożyczyć kije do nording walking  lub  rower i szlakiem zwiedzić najciekawsze jego punkty. 




A jeśli zmarznięci wrócicie do hotelu, rewelacyjną alternatywą będzie skorzystanie z urokliwego SPA. Co prawda masaże i zabiegi trzeba wcześniej rezerwować ale dwie sauny (sucha i mokra), jacuzzi, kamienna rzeka i pokój relaksu ze słoneczną łąką, wystarczająco ukoją Wasze zmysły. Niewątpliwie atutem jest to, że goście hotelowi mogą bezpłatnie i bez limitu korzystać ze SPA. Sąsiadujący z hotelem basen również jest świetną alternatywą do spędzenia czasu. I chociaż na początku wydawało mi się, że minusem tego miejsca jest brak własnego basenu, to jednak niesamowita flora otaczająca hotel zdecydowanie mobilizuje aby przejść parę kroków (dosłownie) i skorzystać ze świata zjeżdżalni i hydromasaży w budynku obok. 



Spędziłam w Starym Tartaku magiczne dwa dni. Czas upływał zdecydowanie w zwolnionym tempie i przyznam Wam się szczerze, że z przyjemnością zostałabym w hotelu dłużej. Nie tylko ze względu na komfort w pokojach. Zdecydowanie mogłabym tu zarówno przyjechać na wakacje jak i bez wahania zorganizowałabym konferencję firmową, bo wiem, że niczego by nie brakowało. Dla mnie ważnym jest - a nie w każdym hotelu jest to oczywiste - aby hotel spełniał podstawowe warunki jak czyste ręczniki na prośbę, szlafroki do strefy SPA, czy późne śniadanie w hotelu ( do 10:00) z obfitym "szwedzkim bufetem". 


Lubię też, kiedy kompleks jest przemyślany a temu miejscu nie można niczego zarzucić. Najbardziej zachwycona byłam z karczmy, która usytuowana jest zaraz przy wejściu do hotelu ale jednak wymusza na Tobie opuszczenie tego przytulnego gniazdka. A to znowu zachęca do spaceru po pięknym ogrodzie lub posiedzenia na tarasie przy samym jeziorze. Wydaje się, jakby nic tu nie było przypadkowe. I nie jest. A już na pewno nie jedzenie, o którym opowiem Wam w oddzielnej recenzji, bo zdecydowanie na to zasługuje.