czwartek, 5 listopada 2015

Czy można lepiej? Czyli o jedzeniu w Starym Tartaku.

Nie. To znaczy niby zawsze można - przynajmniej dla kokieterii trzeba tak powiedzieć - ale szczerze mówiąc w Karczmie Starego Tartaku znalazłam wszystko to, co chciałam. I nie mówię tu już o zwyczajnym "smakowało lub nie" ale o tym, że od takich miejsc czegoś wymagam. Regionalizmu. Tak Drodzy Państwo. Nie ma, że to restauracja hotelowa, że wszyscy lubią klimaty "śródziemnomorskie". Nie. Jadę do Was po to, żeby zjeść prawdziwie, po staropolsku bo jak się jest knajpą, restauracją na Mazurach czy nad Morzem to się powinno - mimo wszystko - trzymać tego, czego Ja mieszkając w Krakowie nie mam. Waszych regionalnych rarytasów.


Oczywiście, że nie zabraniam aby w okolicy była pizza ale jeśli na pytanie gdzie nad morzem zjem najlepsze jedzonko dostaję odpowiedź "W Chińskiej Restauracji niedaleko Galerii" to coś jest zdecydowanie nie tak. I to nie z podniebieniem osoby polecającej mi miejsce. Albo kiedy jestem w restauracji polecanej przez córkę swojego Ojca z nadzieją, że zjem wreszcie lokalną rybkę a Pan Kelner poleca mi łososia. I nie, nie jestem w Norwegii. Ciśnie mi się na usta "Dejcie żyć!". Na szczęście gastronomia w Starym Tartaku jest zdecydowanie na TAK i chyba pierwszy raz nie mogłam się doczekać kolejnego dnia aby wypróbować następne potrawy lub po raz drugi zjeść to, co dzień wcześniej pozostawiło wrażenie. 



fot. Stary Tartak




Zacznijmy od tego, że oczywiście jak pisałam Wam w poprzedniej recenzji o tym miejscu  jest tu ślicznie. Wnętrze utrzymane w rustykalnym stylu, z olbrzymim kominkiem, do którego zmarznięta z przyjemnością się przytulałam, drewnianą podłogą, miszmaszem mebli, przeszklonym patio z widokiem na jezioro, drewnianym pomostem z sofami i przepięknymi fotografiami starej Iławy. Klimat niezwykły. Oczy ciągle wędrują po ścianach co raz znajdując element, który przegapiły poprzednio. Jeżeli już Wasz zmysł wzroku został dopieszczony to weźmy się za menu ( a jeśli nie to po więcej zdjęć wnętrza zaglądnijcie TU).

Przyjechałam późnym wieczorem, głodna jak wilk. Otworzyłam menu i moje kubki smakowe zwariowały same nie wiedząc w co się wgryźć na pierwszy ogień. Padło więc na tatara z pstrąga z sosem francuskim (19 zł) i ozorki wieprzowe w sosie chrzanowym (22 zł). Niezła rozpiętość co?! Pierwszy raz jadłam tatara nie z łososia. Wyrazisty sos na bazie musztardy dijon, szpinaku, oliwy i czosnku, robił nieziemską robotę. Ozorki delikatne, rozpływające się w ustach, sos wyrazisty, wszystko komponowało się bez zarzutu. Do tego dwa regionalne piwka z browaru Kormoran i na deser lody zapiekane pod pierzyną (11 zł) i szarlotka na ciepło z gałką loda ( 12 zł). Wiedziałam już, że kolejne dwa dni upłyną mi na totalnym obżarstwie. 






Następnego dnia nie mogąc się powstrzymać wstąpiłam na przystawkę. Tatar z wołowy (29 zł) był tak smaczny, że zjadłam go po raz drugi jeszcze tego samego dnia. Świeży, genialnie przyprawiony i klasyczny. Prawie jak u mojego Taty. Carpaccio z polędwicy wołowej (29 zł) rozpływało się w ustach. Lubię mięso, surowe mięso i świeże mięso. 

Na moim stole znalazły się jeszcze placek ziemniaczany z pikantnym farszem (19 zł), totalnie nie do przejedzenia. Krewetki królewskie z sosem koktajlowym (29 zł), przepięknie podane: siedzące zamyślone po turecku nad jeziorem z sosu. Genialne. Widać, że kuchnia dysponuje większym zasobem wyobraźni niż zieleniny do dekoracji i chwała jej za to! Nie mogłam się na nie napatrzyć i chociaż w smaku nie wyróżniały się niczym nadzwyczajnym i właściwie były kaprysem bardziej, to sposób podania rozwalił mnie na łopatki. 





W menu oprócz regionalnych ryb (np: Sandacz z Jezioraka), dań z akcentem niemieckim (np: Teigtaschen mit Fleischfüllung) były też pyszne sezonowe dania z dyni (np: kopytka z dyni z boczkiem), staropolskie standardy (np: golonka) oraz gęsina. I tu zatrzymam się na dłużej bo jednym z dwóch dań, których nie zapomnę było właśnie Trio z Gęsi czyli żołądki, serca, wątróbka podana na placku cebulowo ziemniaczanym (19 zł). Delikatność tych podrobów, sposób ich przyrządzenia i podania zasługuje naprawdę na wyróżnienie. Danie rozpływało się w ustach. Pierwszy raz jadłam serca i powiem Wam, że ciesze się, że było to w Tartacznej Chacie bo pokocham je już na całe życie. 


Ostatnim z dań, które na pewno powtórzę w swojej kuchni była wątróbka z jabłkami duszona w likierze wiśniowym (19 zł). O ile wątróbkę jem i uwielbiam - zazwyczaj w dużej ilości duszonej, słodkiej cebulki czasem też z jabłkiem - nie powiem, że nie, tak likier wiśniowy miażdży wszelkie inne sposoby podania tego dania. Nie przekonacie mnie, że jest jakiś inny sposób, który przebije właśnie ten jeden akcent: likier wiśniowy. Jadłam różne odmiany chutney, nie powiem bo z czerwonej cebuli i wina bardzo ale to bardzo dobrze smakowało. Klasyka z białej duszonej cebuli z chlebem i masłem też jest okej ale to, co podała kuchnia w Starym Tartaku przechodzi ludzkie pojęcie na temat wątróbki. Podroby są mocną stroną tej kuchni i wychodzą im bardzo ale to bardzo dobrze. 

Dziś pisząc Wam o tym miejscu naprawdę ciesze się, że miałam okazję w nim jeść. Jeżeli będziecie przejeżdżać przez Iławę lub będziecie w jej pobliżu to koniecznie musicie tam zaglądnąć. Budynek jest oddzielną częścią tego hotelowego kompleksu więc nie musicie się stresować tym, że trzeba być gościem hotelowym lub, że ceny Was zabiją. A na pewno zyskają na tej wizycie wasze kubki smakowe! 








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz