środa, 27 stycznia 2016

Rezerwacja przez Gastrobooking.pl ?

Ile znacie serwisów o jedzeniu? Nie mówię o blogach tylko takich miejscach, które skupiają wszystkie restauracje z danego miasta, są łatwe w obsłudze, można na nich polegać - rantingi nie są opłacane przez właścicieli miejsc i na dodatek w prosty sposób można zarezerwować stolik. Ja znam jeden, nazywa się Gastrobooking.pl i w ostatnim czasie wzięłam go na tapetę aby przetestować jak działa.



Należę do tego pokolenia, które nie urodziło się w dobie internetu. Komputer w domu wydawał straszny dźwięk kiedy wgrywało się do niego gry, pamiętam doskonale dyskietki i kiedy będąc w liceum nie chciało mi się czytać lektury niestety musiałam szukać streszczeń na półkach księgarni bo o google.com jeszcze mi się nawet nie śniło. Może właśnie dlatego lubię kiedy serwisy lub blogi, z których korzystam są przejrzyste, proste, nie atakują mnie milionem treści, która mnie nie interesuje. 

W Gastrobooking.pl chodzi przede wszystkim o dwie rzeczy: prostą i szybką rezerwację stolika ( w 30 sekund) oraz program lojalnościowy dający dwie korzyści. Przede wszystkim zebrane punkty można wymienić na vouchery do restauracji zrzeszonych w portalu, po drugie Wasz komentarz (również punktowany) stanie się pomocną wskazówką dla innych przy wyborze miejsca do jedzenia. Proste? Proste. To teraz praktyka. 



W praktyce wyglądało to tak, że na koncie portalu miałam voucher na określoną kwotę pieniędzy. Był piątkowy wieczór i zachciało mi się sushi. Ponieważ podobnie jak ja, miłośniczką sushi jest Dżoana, to wspólnie zadecydowałyśmy, że EDO Fusion jest najlepszym z możliwych wyborów na ten wieczór. I Sama rezerwacja jest niezwykle intuicyjna, trwa faktycznie 30 sekund i na dodatek ma dwa potwierdzenia - w serwisie w liście Twoich bookingów oraz dodatkowo za pomocą maila. Dlatego pierwsza obawa czy aby na pewno będzie czekał na nas stolik, zwłaszcza w piątkowy wieczór, prysła jak bańka mydlana.



W restauracji od razu wiedziano o co chodzi. To ważna rzecz dla mnie ponieważ zazwyczaj lokale "pakują" się w różnego rodzaju portale, nie informując obsługi o współpracy, co zazwyczaj kończy się żenującą sytuacją. Przyznajcie, na pewno mieliście tak nie raz. Tu interakcja pomiędzy portalem a lokalem jest najważniejsza bo na tym jest oparta jego idea. Na szybkiej, komunikatywnej, promocyjnej wymianie świadczeń między klientem korzystającym z Gastrobooking.pl a restauracją. 

O jedzeniu możecie przeczytać klikając TU - bo warto poświęcić na nie osobny wpis.  Jeżeli o kuchnię azjatycką chodzi to EDO Fusion jest jednym z moich ulubieńców. Objadłyśmy się sushi do woli, popijając je śliwkowym winem (nie ma lepszego do tego rodzaju kuchni) i poprosiłyśmy o rachunek. I to był ten moment kiedy serce zadrżało na myśl, czy aby na pewno mój voucher z Gastrobooking.pl będzie tu respektowany. Znacie dobrze ten stres kiedy przychodzicie z jakimś zaproszeniem, dajecie go kelnerce a ona ma pustkę w oczach? Z zimną krwią poprosiłam o podsumowanie i ku mojemu zaskoczeniu dostałam rozliczony przez voucher rachunek z dopłatą na kwotę, która była ponad umówioną. I to był moment kiedy rzeczywiście polubiłam ten portal. 

Czekam na wersję mobilną, która znacznie ułatwi rezerwacje i przeglądanie dostępnych w serwisie restauracji, proponowanego przez nie menu (fajnie, że od razu można sprawdzić co oferuje każde z miejsc) czy recenzji pozostawionych przez ludzi, którzy w nich byli. Z ciekawości z chęcią odwiedzę jeszcze kilka miejsc z listy Gastrobooking.pl i przy okazji opowiem Wam, jak było. 

[tekst sponsorowany]

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Kto wypuścił Skowronka? czyli Rodzinny Dom Restauracyjny.

Faktycznie jest to dom, na pewno jest on rodzinny i bardzo, ale to bardzo restauracyjny. Właściwie w tym jednym zdaniu kryje się więcej niż myślicie. Historia tego miejsca zaczyna się od pary staruszków, która mieszkała w tym właśnie domu a kończy na dwóch parach, które postanowiły zrobić z niego restaurację aby zarazić Was pasją do jedzenia. Dużo tu historii, rodziny, jedzenia i dobrych duchów. 


Kto wypuścił Skowronka? na ulicy Borkowskiej 32, może Wam się skojarzyć z Malinowym Aniołem bo właśnie między innymi jego "trzy grosze" odnajdziecie we wnętrzu tej restauracji. Jeszcze raz mamy do czynienia z majstersztykiem jeżeli o podział wnętrza chodzi. Zachwyciła mnie mapa restauracji, którą Goście otrzymują przy wejściu. Nie omieszkałam przejść się po całym domu aby na własne oczy przekonać się, że każdy może znaleźć tu coś dla siebie. 


Po pierwsze Mama. Będzie zachwycona ponieważ jest to restauracja, w której zostały spełnione potrzeby dzieci i rodziców. Osobna Sala Rodzinna z miejscem zabaw dla dzieci oraz przepięknym i schludnym pokojem karmienia (do dyspozycji Mam mokre chusteczki i pampersy). Tu jest głośno, gwarnie i beztrosko a zapewniają to dwa place zabaw wewnątrz restauracji. W menu znajdziecie lody w zabawkach, zestawy za 8,90 zł dla dzieciaków i mini pizze. 



Po drugie coś na szybko. Bo chyba tak można określić Salę Dworcową, która również mieści się na parterze budynku ale nie sąsiaduje z częścią dla dzieci. Wykończona dokładnie w takim stylu jak się nazywa wprowadza nastrój tymczasowości. Mogę sobie wyobrazić w niej jak jem śniadanie, które znajdziecie tu w menu. Miejsce, z którego pędzisz gdzieś dalej, popijając kawę, przesiadasz się na kolejną godzinę w swoim życiu.


Po trzecie dla biznesu. Przewidziano tu i taką opcję, że biznes wpada na kawę albo szybkie spotkanie z klientem gdzie przy długim stole każdy swobodnie się pomieści. Jak wiemy biznes potrzebuje zamkniętych drzwi, więc i taka opcja jest tu możliwa. Raz dwa, zasuwasz je i odcinasz się od reszty ciekawskich oczu i uszu. Przyznam Wam się, że to moja ulubiona sala, fantastyczny dizajn, stonowany ale z pazurem. 



Po czwarte coś na randkę. Jako bezdzietna osoba doceniam bardzo takie miejsca jak Kto wypuścił Skowronka? z dwóch powodów. Czasami razem z moim bratankiem Kostkiem - lat cztery, szlajamy się po restauracjach bo obydwoje jesteśmy koneserami dobrego jedzenia ale rzadko trafiamy na miejsca, gdzie oboje czujemy się komfortowo. Oczywiście większość czasu spędzam na pobytach w restauracjach, raczej w celach rozrywkowo-edukacyjnych i wtedy niekoniecznie urzeka mnie gwar i beztrosko bawiące się widelcami dzieci. W Rodzinnym Domu Restauracyjnym przewidziano i takie rozwiązania.  Na piętrze znajdziecie komfortowe sale wypoczynkowe, z olbrzymim tarasem, przytulnym, choć nieco szalonym wnętrzem, ciszę i spokój. 



A co słychać w temacie jedzenia? Podoba mi się sojusz polsko-włoski w tym miejscu i taki trochę oldskul.  W menu znajdziecie różne pizze - ja wybrałam tą na desce ( 34 zł) - fajny sposób podania, dobre ciasto, duża, prawdziwe włoskie salami. Świetne są też przystawki. Focaccia z włoską wędzoną słoniną podbiła nie tylko moje ale mojego współtowarzysza - Bartka - serce. Tatar z łososia (22 zł) znakomicie komponował się z lekkim winem domu, które podawane jest m.in w karafkach 0,2! Do pizzy i focacci polecam Wam kila fantastycznych piw, lokalne browary, smakowe, spory wybór i właściwie każde jedno, które piliśmy bardzo nam smakowało. Po głównych daniach zostało ledwie miejsce na deser ale Ciasto czekoladowe z wiśniami i bitą śmietaną (14,50 zł) oraz Chrupiące rurki Tiramisu (15,50 zł) wołały na nas z menu i hipnotyzowały swoim wyglądem i smakiem. Nie dało się im oprzeć. 




W weekend możecie trafić na specjalność zakładu czyli szynkę pieczoną w całości ( 27 zł) czy włoskie kiełbasy smakowe (24 zł) wyrabiane na miejscu i zapiekane z cebulką w piecu opalanym drewnem. Generalnie jedna wizyta nie wystarcza aby sprostać wyzwaniu rzuconemu przez kuchnię a zawierającemu się w kilkunastu świetnych propozycjach w menu. I ciesze się z tego ponieważ Kto wypuścił Skowronka? zdecydowanie jest miejscem, które warto poznawać na nowo za każdym razem! 



czwartek, 21 stycznia 2016

Gość w dom, Bóg w dom. Hotel Król Kazimierz.

To stwierdzenie mogłoby na stałe zagościć jako hasło reklamowe tego hotelu. Ba! Całej sieci. Bo jednego czego nie można odmówić Hotelu Król Kazimierz to gościnności. Położony 10 minut spacerem od serca Kazimierza Dolnego, z widokiem na Wisłę spełnia wszystkie wymagania jakie może sobie zażyczyć podróżujący. Właściwie powiem Wam szczerze, że po rekonesansie obiektów wypoczynkowych w tej miejscowości nie chciałabym się zatrzymać w żadnym innym. Dlaczego?


Nie wiem czy to kwestia zgłębienia tajemnicy Feng shui czy dobrego architekta, ale hotel sprawia wrażenie przestrzennego i o wiele większego niż jest w rzeczywistości a do tego, jest niezwykle przytulny. Zbudowany w starym spichlerzu, z białego, wapiennego kamienia - bardzo charakterystycznego jeżeli o Kazimierz Dolny chodzi, w każdym detalu odwołuje się do historii. Zapewne nie wiecie ale Kazimierz Dolny kiedyś był głównym szlakiem kupieckim zboża.  Do dziś zachował się port jachtowy a liczne spichlerze, przerobione na muzea, przypominają o świetności tego miasteczka z XVI wieku. 

W hotelu Król Kazimierz motywem przewodnim jest łódź, jako symbol podróży. Podkreślają to nie tylko szybujące w przestworzach repliki łodzi, czy bar w tym samym kształcie ale przede wszystkim zdjęcia obrazujące przemianę Kazimierza Dolnego, ludzi oraz zdarzeń, które nadszarpnął już ząb czasu. 



I chociaż powiem Wam szczerze, że samo miasteczko nie zrobiło na mnie wrażenia - mimo licznych zachwytów właściwie od każdej osoby, której powiedziałam, że się tam wybieram - to sam hotel zdecydowanie koi duszę podróżnego.

Przede wszystkim przytulne pokoje, stonowane kolory, miejsca wypoczynku rozsiane po całym hotelu (genialne wielkie fotele, w których można po prostu zniknąć z dobrą książką), SPA z rozwiniętym zapleczem saun oraz gabinetów zabiegowych, w których profesjonaliści wprowadzają w stan relaksu. Wiem, bo sama doświadczyłam niezwykłego masażu pleców masłem Shea, regenerującego po całym dniu podróży. 


Urozmaicone śniadania, pięknie podane stanowią dla mnie właściwie główny punkt podróży i odpoczynku zarazem. Bo wszystko może być piękne ale jeśli najważniejszy, pierwszy posiłek dnia nie jest taki, jak być powinien - to cały czar pryska. Tymczasem śniadania w Hotelu Król Kazimierz są wzbogacone o lokalne produkty (wędzony ser kozi będę pamiętać na zawsze!!), do wyboru na ciepło i lekko, słodko i fit. Miło jest tak zaczynać dzień i tego zawsze mi brakuje po powrocie do domu.



A najważniejsze, że wytchnienie daje obsługa hotelu. Wiem, że może zabrzmi to dziwnie ale nie przeszkadzająca w wypoczynku. Taktowna obsługa jest czymś bezcennym. Nie narzuca się ale jeżeli o coś zapytasz lub zasiądziesz do stołu, przysłowie "Gość w dom, Bóg w dom" ożywa jak zaczarowane. Zwłaszcza jeżeli otwierasz menu. I być może zadziałało tu również przysłowie "przez żołądek do serca" ale dawno nie czułam się tak dobrze obsłużona jak przez Pana Kelnera w pierwszy wieczór.

Pomijam, że namówił mnie do grzechu czyli ciastka czekoladowego z płynnym środkiem, które zjadłam właśnie zapadając się w wielki, przytulny fotel - to jeszcze zaserwował dania, których powinniście zdecydowanie spróbować. Właściwie nie mogłam się zdecydować, ponieważ oprócz regularnego menu kuchnia przygotowała też specjalną wkładkę, dlatego przez dwa dni wybrałam dla Was dania, które musicie spróbować.  



Był to między innymi tatar wołowy - klasyczny, bez udziwnień, prosto, schludnie podany oraz carpaccio z polędwicy wołowej w aromacie trufli. W ogóle wołowina w wydaniu tego sztabu kuchennego jest naprawdę nieźle przyrządzona. Na wyróżnienie zasługują policzki wołowe w sosie z czerwonego wina - niezwykle delikatne, aromatyczne i polędwica wołowa w sosie z zielonego pieprzu. I tu się zatrzymam ponieważ metoda gotowania jej w sous vide nadała mięsu naprawdę niezwykłą miękkość i soczystość. Ostry sos znakomicie z tym współgrał. Nic dziwnego, że po takiej "wołowej" uczcie zachciało mi się jeszcze lodów waniliowych podanych z sosem z regionalnych malin lub raczej powiedziałabym, że zupy malinowej z lodami. Jak zwał tak zwał ale było to szaleństwo i było pyszne. 



Nie omieszkałam również spróbować regionalnych piw, dość ciekawych, pełnych w smaku. I tu dopada mnie nostalgia ponieważ żałuję bardzo, że nasze regionalne piwa, które mam okazję pić w każdym z odwiedzonych miejsc, nie są powszechnie dostępne. Szkoda, wielka szkoda, bo są one wyjątkowe w smaku. Podobnie jak dania, które zatrzęsły moim podniebieniem i które mogę zabrać z podróży do mojej kuchni. Takim daniem jest niewątpliwie panierowany w orzechach ser kozi z gałką sorbetu owocowego. Takie proste, tyle odsłon tego dania w różnych miejscach ale to właśnie Hotel Król Kazimierz podał je w ten a nie inny sposób i trudno będzie mi o tym zapomnieć.

Jeżeli kiedykolwiek będziecie planowali wyjazd do Kazimierza Dolnego, zarezerwujcie sobie pobyt właśnie w Hotelu Król Kazimierz. Dlaczego? Bo jeżeli rozczaruje Was to miasteczko duchów, przynajmniej będziecie pewni, że Wasze miejsce postojowe, oaza dla strapionego podróżnego, spełni Wasze oczekiwania. 


sobota, 9 stycznia 2016

Zapiekanka makaronowa z łososiem wędzonym, kolendrą, mozzarela i parmezanem

Prosta, z cyklu "samo się robi" a smak genialny!




Składniki:

- Makaron jaki lubisz, ja użyłam "ślimaków"
- 2 opakowania łososia wędzonego
- 2 opakowania mozzarelli
- 1 opakowanie ser parmezan tarty
- 1 świeży pęczek kolendry

Przygotowanie:

Makaron gotuje al dente. Kiedy jest już gotowy, przelewam go zimną wodą i wkładam do naczynia żaroodpornego nasmarowanego oliwą. Posypuje parmezanem. Następnie rozkładam łososia, kolendrę kroję drobno i posypuje po całej zapiekance, to samo robię z solą i pieprzem. Na wierzch rozkładam mozzarellę. Piekę w 180 stopniach aż ser z góry się roztopi. 

niedziela, 3 stycznia 2016

Tarta serowa z migdałami, rucolą i żurawiną

Oni trenowali, ja gotowałam, oni trenowali, ja gotowałam i mamy styczeń 2016 i oczywiście 6 kg więcej!! Bo co ugotowałam to oni spalili a ja niestety nie. Co prawda wreszcie lekarze są zgodni, że do trenowania wrócić muszę ale o tym będzie kiedy indziej. Teraz będzie o tarcie serowej.


Składniki:

- Ser mozzarella tarty - 2 opakowania
- 40 dkg sera morskiego
- mała śmietanka kremówka 30%
- 4 jajka
- pieprz biały
- 2 łyżki czosnku niedźwiedziego
- 1/2 opakowania rucoli
- 1 opakowanie migdałów
- 1 słoiczek żurawiny
- ciasto francuskie

Przygotowanie:

Z ciastem francuskim postępuję zgonie z opisem na opakowaniu. Do miski Chef by Kenwood wbijam jajka, dodaję starte sery, śmietanę kremówkę, pieprz biały i ucieram na gładką, dość gęstą masę. Pod koniec dodaję czosnek niedźwiedzi i również ucieram.

Masę wylewam na upieczony spód ciasta francuskiego, układam rucolę i zapiekam w 180 stopniach przez około 20 minut - aż masa zastygnie i lekko się przyrumieni. W między czasie na suchej patelni prażę płatki migdałowe. Posypuje nimi tartę a podając ją na talerz na wierzch daję łyżkę żurawiny. 




Tarta z wędzonym Pstrągiem Ojcowskim

Dobra, to jest skandal. Oficjalnie przyznaję, że jestem lamusem (jak mówi Monia) i 2 września obiecałam przepis na tą tartę na Fan Page. Trzy miesiące później... 

Nic dziwnego, że się na mnie wkurzacie za brak przepisów. To nie tak, że się nie gotowało, gotowało aż para buchała. Tylko jakoś tak, no co Wam będę mydlić oczy. Weny nie było do pisania i już. A teraz bierzcie i jedzcie bo naprawdę pycha. Aha i o Pstrągu z Ojcowa nie zapomnijcie! 


Składniki:

- 1 pstrąg wędzony z Ojcowa ( no, ok. jeśli nie macie bo mieszkacie np: w Anglii jak Jarek to użyjcie takiego co macie)
- Papryka czerwona
- 4 jajka
- pieprz
- sól
- szczypior z cebulki
- 1/3 szklanki śmietanki 30%
- ciasto francuskie (nie, nie robię, kupuję, nie chce mi się)

Przygotowanie:

Ciasto rozkładam na formę do tarty i zapiekam zgodnie z przepisem. W tym samym czasie piekę też pokrojoną na plastry czerwoną paprykę. Pod koniec, kiedy ciasto już wyciągnę z pieca, ustawiam program grill i grilluje paprykę.

W między czasie, do miski wbijam jajka. Używając mojego super robota Kenwood mieszam je, dodaję śmietankę, szczypior, pieprz i sól. 

Masę wylewam na upieczoną tartę, na przemian układam paprykę i pstrąga. Wsadzam do piekarnika na 180 stopni, około 20 minut - chodzi o to, że masa musi zastygnąć. Po wyjęciu posypuję z wierzchu pozostałym, świeżym szczypiorem. 

Makaron z jajkiem w koszulce

Nadrabiam wszystkie fajniejsze przepisy, o których pisałam wam na Fan Page ale nie było czasu dodać przepisu na blog. Wiem, moja wina, moja bardzo wielka wina. Danie to, co prawda jest mocno wakacyjne, jednak zdecydowanie zasługuje na podzielenie się z Wami. 



Składniki:

- Makaron spaghetti
- pomidorki koktajlowe (te były z mojego ogródka)
- rucola 2 garści
- 1 ząbek czosnku
- oliwa z oliwek
- papryczka chili
- jajko
- parmezan

Przygotowanie:

Makaron gotuje Al Dente. Na oliwie z oliwek podsmażam czosnek, papryczkę chili i pomidorki. Trwa to jakieś trzy minuty, nie więcej. Dodaję rucolę podsmażam jeszcze chwilę. Całą zawartość patelni wykładam na makaron, mieszam. Rozdzielam na talerze i na samą górę układam jajko ugotowane w koszulce (TU JAK KLIKNIESZ ZNAJDZIESZ PROSTY PRZEPIS JAK TO ZROBIĆ i przy okazji trafisz na świetny przepis na śniadanie). Całość posypuje parmezanem. 

Chleb imprezowy

Albo jak kto woli - na śniadanie. Fantastyczna przekąska dla gości przed daniem głównym, genialny plan na odgrzanie już niezbyt "świeżego chleba". Proste, szybkie, znalezione u Jamiego Oliwiera. 


Składniki:

- 1 chleb (lub pół, lub ile macie)
- Plastry sera żółtego
- Masło do smarowania 
- Cebulka ze szczypiorkiem

Przygotowanie:

Chleb nacinamy wzdłóż a potem w szerz aby powstała szachownica. Nie kroimy do końca żeby się nam nie rozleciał. Ostrożnie smarujemy masłem każdy "rowek". Następnie wsadzamy pomiędzy ser żółty, pokrojoną drobno cebulkę i posypujemy z wierzchu szczypiorkiem. Zapiekamy w 160 stopniach na termoobiegu aż ser się rozpuści (u mnie około 20 minut). 

Domowy ser żółty

Nie ukrywam, że to Bieszczady miały największy wpływ na to, że zabrałam się za zrobienie sera. Bundz u Nikosia rozłożył mnie na łopatki. Oczywiście mój domowy jest zupełnie inną bajką ale powiem Wam szczerze, że uczucie kiedy rano na śniadanie serwujecie swój własny produkt, nie zastąpi żadnego innego. Zachęcam Was do postawienia na dobry twaróg, wsiowy, nie sklepowy. 

Tak się zdarzyło, że akurat mam dostęp do takich dobrodziejstw, więc u mnie na stole króluje świeże masło, jajka ze wsi i właśnie biały ser. Co ciekawe przepis, który Wam zaraz podam jest na ser żółty, jednak mój bardziej przypominał topiony... Hmm nie wiem co by było, gdyby poleżał trochę dłużej i "dojrzał" bo zniknął w ciągu dwóch dni :)


Składniki:

- 1 kg twarogu
- 1 litr mleka (3,2%)
- 1 jajko
- 1 łyżeczka soli
- 1 łyżeczka sody (jeżeli chcemy uzyskać dziury, ja niekoniecznie używam)
- pół kostki masła

Ja dodałam do smaku czarnuszkę i czosnek niedźwiedzi - dwa moje bieszczadzkie nabytki. Możecie eksperymentować z różnymi smakami, dodawać swoje ulubione zioła.

Przygotowanie:

Mleko wlewam do garnka, podgrzewam ale nie doprowadzam do wrzenia. Wkładam twaróg i gotuje aż zrobią się z niego gródki. W między czasie rozpuszczam w rondelku masło. 

Kiedy ser zrobił się już grudkami odcedzam go od mleka, dodaję masło, sól, jajko i gotuję na bardzo małym ogniu aż całkiem się rozpuści i zrobi się taka ciągnąca masa. Wtedy dodaję przyprawy, mieszam dokładnie i wykładam na miskę wyłożoną folią aluminiową.

Trzymam w lodówce aż całkowicie się "zakrzepi".